Podróż przez USA - część II




W poprzednim poście opisałam naszą trasę zaczynając od Karoliny Północnej i zatrzymując się w Santa Rosa w Nowym Meksyku

W środę (5 dzień podróży) dotarliśmy do Flagstaff w Arizonie, po drodze mijając Albuquerque, największe miasto Nowego Meksyku (stolica to Santa Fe) oraz Continental Divide czyli Wododział Kontynentalny Ameryki. Tak, ja też o tym nigdy nie słyszałam 😂

Chodzi o to, że ktoś kiedyś zbadał gdzie leży linia pokazująca, które wody spływają do którego oceanu i tak się składa, że linia przebiega między innymi przez Nowy Meksyk, co przedsiębiorczy Amerykanie oczywiście wykorzystują w celach turystyczno-marketingowych 😊




Na tej trasie minęliśmy kilka indiańskich rezerwatów. Rezerwaty to właściwie takie mini-państwa z własnymi prawami. I tak na przykład Arizona należy to pacyficznej strefy czasowej aczkolwiek nie zmienia czasu na letni/zimowy. Ale Indianie powiedzieli, że oni będą zmieniać. Więc czasami gubiliśmy się, która jest godzina bo telefon nie bardzo łapie czy jesteśmy w rezerwacie czy nie 😄

Tego dnia zrobiliśmy ponad 700km (Nowy Meksyk-Arizona), czyli tak jakby przejechać całe południowe wybrzeże Francji i jeszcze zwiedzić Andorę 😃

We Flagstaff spędziliśmy dwie noce. Wynajęliśmy airbnb, trochę małe, ale było ok. No, może oprócz tego, że nie było klimatyzacji. W Arizonie, gdzie latem jest 40 stopni. Pan właściciel nam wytłumaczył, że mają za to klimatyzację „naturalną”. No cóż, nie polecam. 

W ogóle było to najdziwniejsze airbnb na naszej trasie. Właściciela poznaliśmy jak tylko przyjechaliśmy – akurat był na podjeździe i zbierał się, żeby gdzieś jechać. Szybko dał nam klucze, wytłumaczył sprawę z klimą i tyle go widzieliśmy. Dwa dni później wyprowadzamy się i trochę nie wiemy co zrobić z kluczami. Wcześniej pisaliśmy wiadomości jak chcieliby się umówić na ich odbiór (mieliśmy numer to jego żony bo ona była kontaktem na stronie) –zero  reakcji. Co ciekawe, do tej pory się do nas nie odezwali, ani nie dali nam oceny na airbnb... no kamień w wodę.


Tesli chyba jednak podobało się airbnb bo pierwszy raz w życiu miał drzwi z szybą 😃




Naszym przewodnikiem po okolicy był kolega Zacka, który jakiś czas temu dostał pracę w pobliskim rezerwacie i tak sobie siedzi w Arizonie 😊 W czwartek (6 dzień naszej podróży) pojechaliśmy do Bearizony czyli zoo, w którym, jak nazwa wskazuje, główną atrakcją są niedźwiedzie. Ale mają też i inne zwierzaki. Zwiedza się jadąc samochodem, a niedźwiedzie/bizony/kozy/jelenie chodzą sobie naokoło. 


Fajne doświadczenie, chociaż gdy niedźwiedź czy bizon podchodził pod samo okno to już mi tak wesoło nie było 😅 Część zwierzaków jest typu „rescue” czyli np. adoptowane są niedźwiadki porzucone przez matkę, niestety nie wiem jaki jest to procent wszystkich mieszkańców Bearizony 😐


Akurat trafiliśmy na lunczyk






Tego samego dnia obejrzeliśmy też Walnut Canyon (są tam ruiny osady wybudowanej przez Indian w pionowym urwisku i nie mogę ogarnąć jak oni się nie bali że spadną, ja bym już pierwszego dnia zeszła na zawał) i Sunset Crater Volcano (ostatnia erupcja ok. 1085, na około wciąż leży zaschnięta lawa).





Kolejnego dnia nasza podróż była naprawdę krótka bo zrobiliśmy tylko 125km 😊 Zatrzymaliśmy się w Tuba City, które było bazą wypadową do kanionów. 

Do Kanionu Antylopy trzeba z wyprzedzeniem kupić bilety (wycieczki są tylko z Indiańskim przewodnikiem z plemienia Navajo bo to teren rezerwatu, samochód parkuje się przed biurem wycieczkowym a na miejsce jest się zawożonym z grupką kilkunastu osób). No cóż, dość późno zdaliśmy sobie sprawę jak taka wycieczka wygląda logistycznie, więc nie pozostało nam nic innego niż kupić bilety na 7 rano 😄 

Kanion Antylopy znany jest z tego, że ok. godziny 11 wpadają do niego promienie słońca, które bardzo ładnie się prezentują. Więc bilety na 11 są prawie nieosiągalne 😂 Ale wcale nie żałuję, że przytrafiła nam się taka poranna godzina bo dzięki temu mogliśmy zaliczyć wschód słońca na pustyni ❤️ 

Dla uszczegółowienia to są tam właściwie dwa kaniony: Upper i Lower Antelope Canyon, na które wykupuje się osobne wycieczki. My byliśmy w Upper (który jest całkiem płaski), w Lower trzeba się wspinać po drabinach. W 1997 zginęło tam kilku turystów – gdy spadnie deszcz to kaniony błyskawicznie napełniają się wodą (i deszcz nie musi padać bezpośrednio tam, wystarczy jak pada 10-15km dalej). W 2010 była podobna sytuacja, ale turyści dali radę wdrapać wyżej na drabiny, z tym, że musieli tam trochę sobie posiedzieć i poczekać aż woda opadnie. W 2006 napłynęło tyle wody, że Lower Antelope Canyon był zamknięty przez 5 miesięcy. 

Muszę przyznać, że Kanion Antylopy był szałowy, aż trudno uwierzyć, że został odkryty stosunkowo niedawno przez dziewczynkę, która wyprowadzała swoje kozy 😄 Jej córka wciąż jest przewodnikiem po kanionie.






Swoją drogą przewodnicy są BARDZO mili i pomocni, nasza pani przewodniczka wzięła mój aparat i pozmieniała mi ustawienia, żebym mogła zrobić ładne zdjęcia 😊 Standardowy punkt wycieczki to też poinstruowanie uczestników jaki filtr i balans bieli ustawiają Iphonowcy a  jaki użytkownicy Androida 😃

Nasza kolejna atrakcja tego dnia to Horseshoe Bend, który znajduje się dosłownie kilka minut od Page (jakieś 7km). Jest to miejsce, w którym rzeka Kolorado zakręca tworząc „podkówkę”i otoczona jest 300 metrowym klifem. 




Oczywiście nie brakuje idiotów, którzy stają na brzegu klifu, żeby mieć super fotkę. Tak więc co jakiś czas ktoś spada. Ot, taka arizońska selekcja naturalna. Ze względu na coraz większą ilość turystów przy części klifu zamontowano barierkę (i stamtąd robiłam zdjęcia bo nie jestem ryzykantem i boje się wysokości). Niedługo skończą też asfaltową drogę z parkingu do klifu (teraz idzie się trochę ponad kilometr po piasku i kamieniach).  

Następnego dnia (niedziela, 9 dzień podróży) czekał na nas Wielki Kanion Kolorado 😃 Znów krótka podróż, 130 km, z tym, że trochę postaliśmy w kolejce do wjazdu (w końcu był to weekend w sezonie). Za bilet płaci się na miejscu, 25 dolarów od samochodu. Po drodze jest kilka punktów widokowych, później można zaparkować w okolicach Visitor Center i podziwiać kanion z kilku kolejnych punktów widokowych, tym razem zlokalizowanych bliżej siebie, więc wszędzie dojdzie się spacerkiem. Fajnie, że w wiele miejsc mogły wjechać osoby na wózkach. 


Niestety powietrze było tak średnio przejrzyste ze względu na pożary lasów. Jeden z pożarów nawet widać w tle.




Oczywiście, tak jak przy Horseshoe Bend, nie zabrakło też amatorów mocnych wrażeń, którzy muszą zrobić sobie zdjęcie na krawędzi kanionu. Gorzej jak przyjechali z psem i jego też na tę krawędź ciągnęli 😢 Albo z dziećmi… Niedawno jakiś facet spadł bo chciał zrobić dowcip córce, stali blisko krawędzi i on do niej (małej dziewczynki) zażartował „aaa, spadam”, tylko coś się za bardzo przechylił i tyle go widzieli. Dziecko pewnie ma traumę do końca życia.

Sam kanion oczywiście robi wrażenie, głownie dlatego, że jest po prostu bardzo duży (446 km długości i 29km szerokości w najszerszym miejscu). Rzeczy, których się nie spodziewałam to to, że na środku kanionu jest tyle skał i są one tak wysokie (myślałam to będzie bardziej dziura w ziemi 😄 ) oraz tego, że kanion jest tak kolorowy. Kolory zawdzięcza oczywiście temu, że skały są z różnych okresów genealogicznych. Przy wjeździe dostaje się ulotkę, która opisuje te wszystkie mezozoiki czy inne kredy (nie no, żarcik, większość to paleozoik, tylko różne części) więc można z tą ulotką stać i analizować na co się właśnie patrzy 😊 Kolorów dodają też drzewa i krzaki, które są naokoło. Chyba wydawało mi się, że będzie bardziej pustynnie 😄





Wielki Kanion podobał mi się, ale na mojej prywatnej liście wyprzedzają go Horseshoe Bend i Kanion Antylopy ❤

Po powrocie do Tuba City czekała nas ostatnia noc w Arizonie. W podsumowaniu, na tych przejażdżkach po okolicy zrobiliśmy około 700km (w europejskich warunkach byłoby to na przykład południe Francji-Madryd).

I teraz została nam już właściwie ostatnia prosta. Znów wskoczyliśmy na naszą autostradę I-40 i ruszyliśmy do Kalifornii. Na ten dzień mieliśmy zaplanowane ok. 460km (jak Madryt-Kordoba, skoro już w Hiszpanii jesteśmy 😅) i nocleg w Needles w Kalifornii, zaraz przy granicy stanu. 




Kalifornia jest stanem, który ma mnóstwo swoich dziwnych regulacji i tak na przykład na granicy stanu siedzi sobie pan w budce i robi „agricultural inspection” co w praktyce wygląda tak:
- Mają państwo owoce albo nasiona w samochodzie?
- Nie
- Aha, to miłej drogi
😂

Needles przywitało nas wysoką temperaturą, powyżej 45 stopni. Zastanawiam się do jakiej temperatury nagrzał się nasz samochód... Na szczęście dla Tesli kupiliśmy wcześniej matę chłodzącą i wiatraczek, który działał na usb podpięty do powerbanka 😄


Nawet jeśli ten deszcz padał to nie zauważyłam, ale skoro 34 już o 7 rano, co się dziwić



I tak zastał nas wtorek, 11 i zarazem ostatni dzień podróży 😊 Do pokonania mieliśmy już tylko 440km i musieliśmy się wyrobić, tak, żeby zdążyć odebrać klucze od pani z Leasing Office.


Już prawie dotarliśmy do celu ❤️ Tego dnia zrobiliśmy trasę jak z Kordoby do Lizbony 😊





Oczywiście nie mieliśmy ze sobą prawie nic, więc nie obyło się bez wizyty w lokalnym Walmarcie celem zakupu najpotrzebniejszych rzeczy, no a kolejnego dnia przyjeżdżał nasz kontener i mogliśmy się rozpakowywać 😃 

Na razie mamy dosyć dużych przeprowadzek -  plan jest taki, że siedzimy w Kalifornii już na stałe, tak więc można przyjeżdżać i odwiedzać 😄




Read More

Podróż przez USA - część I


Skoro post o pierwszych wrażeniach z Kalifornii już mamy, to napiszę wam jeszcze jak wyglądała nasza podróż przez Stany 😊 Dla przypomnienia była to trasa Durham (Karolina Północna) – Bakersfield (Kalifornia) którą pokonywaliśmy we trójkę (ja, Zack i nasz kot, Tesla).

Jechaliśmy głównie autostradą I-40, która przecina całe Stany: zaczyna się nad Oceanem Atlantyckim w Północnej Karolinie a kończy w miejscowości Barstow w Kalifornii, jakieś dwie godziny przed celem naszej podróży (tak się złożyło, że obydwa miasta są na podobnej szerokości geograficznej, do tego w Durham mieliśmy I-40 właściwie pod nosem bo widać ją było z naszego balkonu 😄). Jest to ok. 4 tysięcy kilometrów, my jeszcze trochę dołożyliśmy, spędzając kilka dni w Arizonie (kaniony są w północnej Arizonie, więc nie były nam bardzo po drodze). Jak już wspominałam, przejazd z jednego wybrzeża na drugie kilometrowo wychodzi mniej więcej jak jazda z Estonii do Portugalii.

Wyjazd zaplanowaliśmy na sobotę, a obydwoje jeszcze w piątek pracowaliśmy, także piątkowy wieczór i sobotni poranek minął sprzątaniu mieszkania. I chyba dobrze mi poszło bo dostaliśmy zwrot całej kaucji 😅 

W taki kontener zapakowaliśmy resztę dobytku. Jak widać kontener zajmował mniej więcej jedno miejsce parkingowe. Do tej pory nie wiem jak my się tam zmieściliśmy.



W sobotę przed południem oddaliśmy klucze i wyruszyliśmy w kierunku Tennessee. Po drodze mijaliśmy Asheville, gdzie mieliśmy nadzieję zobaczyć Biltmore Estate, czyli największy dom w USA. Niestety okazało się, że nie bardzo można zrobić sobie wycieczkę w stylu objechania budynku, a nie mogliśmy zostawić kota w samochodzie. Sam budynek nie stoi przy ulicy, jest dość daleko na posesji a w międzyczasie nasadzili sporo drzew, więc bez kupienia biletu nie zobaczy się absolutnie nic... Machęliśmy więc na to ręką i pod koniec dnia doturlaliśmy się do Knoxville, już w stanie Tennessee.

Tam mieliśmy nocleg w fajnym airbnb w centrum miasta. Trochę obawialiśmy się parkowania na ulicy, ale okolica okazała się być dość bezpieczna. W Knoxville zaskoczyła nas za to liczba bezdomnych. Wiedzieliśmym, że jest ich dużo w Kalifornii, ale nie mysleliśmy, że w Tennessee też ich będzie sporo. Nie wiem, może w tym stanie mają jakieś regulacje, dzięki którym żyje im się tam łatwiej (tak jest w Kalifornii).

Porównując do Europy trasa, jaką zrobiliśmy tego dnia to mniej więcej przejazd przez Estonię, Łotwę i większą cześć Litwy.


Nasze airbnb w Knoxville 😂



Tennessee to długi stan, więc niedziela zeszła nam na przejechaniu odcinka Knoxville-Memphis, zahaczając o Nashville, które jest w centrum stanu i jest też jego stolicą. Tym razem nocowaliśmy w hotelu, który okazał się być w dość podejrzanej dzielnicy (mur na około i brama zamykana na noc…). Do tego pogryzły nas komary gdy czekaliśmy w lobby aż znajdą naszą rezerwację...

Ale za to tego dnia odkryliśmy restaurację (chociaż powinnam powiedzieć fast food) o nazwie Sonic, który bardzo polubliśmy (Zack poleca ich shake’i, ja polecam zieloną herbatę, a jak ktoś głodny to kanapka z kurczakiem też jest ok.). 
Tak się prezentuje Sonic



Sonic jest restauracją drive-in a nie drive-thru. Jak widzicie na powyższym obrazku, naokoło ich budynku są miejsca parkingowe i przy każdym jest duży ekran przez który zamawiamy jedzenie i tam płacimy za zamówienie (w ekranie jest czytnik kart). Kelner/kelnerka przynosi nam jedzenie do samochodu, czasem się zdarza, że kelnerki przyjeżdżają na rolkach ❤️


Pokonana tego dnia trasa równa się drodze z Suwałek do Wrocławia (czy już mówiłam, że Tenneesse to długi stan? 😓 )

Typowe Tennessee

Gdy jedziesz autostradą a tu nagle piramida 😂 Mieści się tu sklep ze sprzętem dla wędkarzy/na kempingi/do polowań. A piramida jest podobno 10 największą na świecie (została wybudowana w Memphis bo ono wzięło nazwę od egipskiego Memfis).



I tak nam minął weekend 😃 W poniedziałek czekała na nas kolejna ambitna trasa: przejechać całe Arkansas (swoją drogą wiedzieliście, że nazwę tego stanu wymawia się coś a la „Arkanso”?) i połowę Oklahomy (w porównieniu z Europą to jak Wrocław-Monachium). Zdawaliśmy sobie sprawę, że na tej trasie zobaczymy sporo kasyn (prowadzonych przez plemiona indiańskie), ale nie spodziewaliśmy się, że średnio co pięć minut będziemy będziemy widzieć bilbordy zachęcające do udania się do pobliskiego kasyna 😅

Nocowaliśmy w Oklahoma City, które jest  stolicą stanu. Trafiło nam się tam chyba najlepsze aibnb z całej wycieczki - ładne, w centrum, parę minut od Kapitolu (prawie każda stolica stanu ma swój Kapitol, czasem bardziej a czasem mniej okazały).

Fajny ten Kapitol, nie? Zdjęcie z wiki bo oczywiście robili remont i trudno było o dobrą fotkę 😐
(© Caleb Long, CC BY-SA 2.5, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4732470)










Centrum Oklahoma City. Jak myślę o tym mieście to sobie bardziej kowbojów wyobrażam, także miło mnie zaskoczyła panaroma wieżowców 😊 


Ot, i taka niespodzianka w Arkansas
Wtorek to kolejne dwa nowe stany: Teksas i Nowy Meksyk. Tego dnia plan zakładał przejechanie połowę Oklahomy, cały północny Teksas i 1/3 Nowego Meksyku z noclegiem w Santa Rosa.

Na tej trasie nie mieliśmy żadnych większych miast, ale od tego dnia nasza trasa zaczęła się pokrywać z historyczną Route 66


W Santa Rosa poszliśmy obejrzeć Blue Hole czyli głęboką na 24 metry, utworzoną przez naturę sadzawę, z piękną błękitną wodą. Jest to popularne miejsce do nurkowania, a w wakacje mnóstwo dzieciaków się tam kąpie i skacze nawet z dość wysokich skałek. Jak to się dzieje, że nie ma tam codziennie wypadków to ja nie wiem (aczkolwiek zdarzyło się, że np. nurek się zaklinował i utonął). 



Trasa pokonana tego dnia: jak z Monachium do Turynu, po drodze zwiedzając Szwajcarię 😃


A my wciąż na tej samej autostradzie 😄 Północny Teksas ma plusa za wiatraki, ale krajobraz niestety dość monotonny.

75 mil = 120 km






Żeby post nie wyszedł na mega długi, podzieliłam go na dwie części, więc relacja z podróży przez pozostałą część Nowego Meksyku, Arizonę i Kalifornię pojawi się niebawem 😊


Read More

Pierwszy miesiąc w Kalifornii




Nie wiem jak to się stało, ale minął nam już pierwszy miesiąc mieszkania w Kalifornii. Jeśli jesteście zainteresowani jak nam się tu żyje i co musieliśmy załatwić na początku pobytu to zapraszam na dzisiejszy post. 


Jak wiecie, przeprowadzka była z tych dużych i poważnych bo przez całe Stany i podróż zajęła nam ok. półtora tygodnia. Jechaliśmy samochodem a większość naszych rzeczy wysłaliśmy w kontenerze. Nasze kalifornijskie mieszkanie wynajęliśmy w kompleksie mieszkaniowym niedaleko pracy Zacka i nie widzieliśmy go wcześniej, oczywiście oprócz zdjęć w Internecie. Budynek jest z lat 80 więc szału nie ma, ale na nasze aktualne potrzeby jest ok. 

Co ciekawe, przed przeprowadzką wszyscy ostrzegali nas, że w Kalifornii jest drogo i wykosztujemy się na mieszkanie, ale tak naprawdę ceny za wynajem wcale nie są wyższe niż w Północnej Karolinie. Liczą sobie jednak więcej za prąd, co uderza po kieszeni bo przy temperaturach utrzymujących się między 30 a 40 stopni przez większą część roku, to klimatyzacja jednak chodzi cały dzień. Żeby nie zbankrutować ustawiliśmy temperaturę w domu na 28 stopni. 

Pojawił się jednak jeden problem - mieszkanie mieliśmy wynajęte od połowy lipca (inaczej się nie dało), a wprowadziliśmy się ostatniego dnia miesiąca. Mieszkanie stało więc puste przez dwa tygodnie. I za te dwa tygodnie dostaliśmy rachunek za prąd na 150 dolarów. Czemu tak dużo? Bo ekipa remontowa (przed naszą przeprowadzką mieszkanie zostało odmalowane i wymienione zostały wszystkie wykładziny) ustawiła klimę na 23 stopnie i do tego jeszcze uszczelka w lodówce się rozszczelniła, więc lodówka chodziła na maksa. Na szczęście nasz kompleks mieszkaniowy przyznał, że to ich wina i opłacił za nas ten rachunek 😊


Zmiana strefy czasowej - teraz jesteśmy 9 godzin do tyłu za Polską (czyli jak u was jest godz. 15 to u mnie 6 rano)


Tak jak w większości miejsc w Stanach, tutaj przy wynajmie trzeba samemu podpisać umowy na prąd, gaz i Internet. Wszystko wydawało się proste, ale jak zwykle coś musiało pójść nie tak. Na prąd i gaz podpisaliśmy umowę z firmą, która obsługuje nasz kompleks i nazywa się coś w stylu Kalifornia Prąd i Gaz. No to spoko, pomyśleliśmy, dwa w jednym, mamy to już z głowy. Ale gdy się wprowadziliśmy i okazało się, że nie mamy ciepłej wody dowiedzieliśmy się, że Kalifornia Prąd i Gaz dostarcza jedynie prąd na nasze osiedle a w sprawie gazu trzeba podpisać umowę z firmą Południo-kalifornijski Gaz. Pani z naszego kompleksu powiedziała, żeby się nie przejmować bo oni zazwyczaj przysyłają technika w ciągu jednego dnia. Ta, jasne, czekaliśmy prawie dwa tygodnie. No ale przynajmniej bardzo doceniliśmy ciepły prysznic po myciu się przez dwa tygodnie w lodowatej wodzie 😌


Drogie jest też paliwo, płacimy ok. 1/3 więcej niż wcześniej. Co jest ciekawe bo nasze hrabstwo (czyli odpowiednik polskiego powiatu) jest liderem w wydobyciu ropy (ponad 70% ropy wydobywanej w Kalifornii pochodzi od nas). A co się z tym wiąże standardowym widokiem są szyby naftowe. Tak, one sobie normalnie stoją w centrum miasta! To jedna z najbardziej szokujących rzeczy dla mnie bo do tej pory miałam w głowie obrazek gdzie u szejków w Zatoce Perskiej ciągną się takie naftowe pola z setkami szybów naftowych. A tu zonk to u nas stoją sobie takie pojedyncze szyby gdzieś czasem między budynkami w mieście lub zaraz na poboczu jednej z głównych ulic w mieście. Myślę, że krajobraz powoli będzie się zmieniał: Kalifornia jest pro-ekologicznym stanem i chce w kolejnych latach całkowicie przestawić się na odnawialne źródła energii, poza tym ropa kiedyś się skończy lub jej wydobycie nie będzie opłacalne.



Szyb naftowy na środku pola (economist.com)

Nasze szyby wygląją mniej więcej tak (wikipedia.org)







A propos tej ekologii to Kalifornia jest jednym z nielicznych stanów gdzie w sklepie za plastikowe reklamówki trzeba płacić. Tak, wiem, w Polsce to już od dawna, ale wierzcie mi, czasem zdarza się, że to  Ameryka jest do tyłu za nami 😅 Mieszkańców innych stanów to wciąż szokuje bo jak to nie ma darmowej reklamówki??!!

Tak jak na południu mieliśmy więcej osób czarnych, tutaj mamy więcej Latynosów – biali (czyli jak to tu mówią rasa kaukaska) to mniej niż połowa społeczeństwa. Nie ułatwia mi to niestety szukania pracy bo jest sporo stanowisk (także w urzędach i różnych placówkach publicznych) gdzie wymagane jest bycie dwujęzycznym. I dla wszystkich jasne jest, że chodzi o angielski i hiszpański. Kto by pomyślał, że gdybym w dzieciństwie oglądała więcej telenowel to może teraz miałabym większe szanse na rynku pracy 😉 

Jak to zazwyczaj przy przeprowadzkach bywa okazało się, że musimy dokupić parę rzeczy. I tak na przykład po czterech latach małżeństwa wreszcie dorobiliśmy się stołu i krzeseł do kuchni 😃 W naszych poprzednich mieszkaniach albo nie było na niego miejsca albo już był na wyposażeniu. A dzięki temu, że nasze obecne mieszkanie jest trochę większe niż poprzednie to urządziliśmy też sobie też mini-siłownię. Tu lato trwa większą część roku, więc nie ma to tamto, trzeba trzymać formę 😖

W kwestii pogody to tu prawie nie pada i ogólnie jest niska wilgotność powietrza, więc właściwie nie ma komarów. Są za to jadowite pająki, więc nie otwieramy balkonu 😡
To nie piasek, to wyschnięta trawa...



Z przeprowadzką do innego stanu wiąże się niestety wymiana dokumentów. Wyrobiliśmy już nowe prawa jazdy - musieliśmy podejść do egzaminu teoretycznego i oboje zdaliśmy za pierwszym razem! 😃 Trochę się stresowałam bo niektóre pytania nie były łatwe i trzeba było się orientować w przepisach (np. jakie są kary za poszczególne wykroczenia – czy mandat, jeśli tak to ile, czy więzienie, jeśli tak to ile itd.). 

Niestety pomimo dwukrotnej wizyty w DVM (odpowiednik WORDu) nie udało nam się zarejestrować samochodu (potrzebują dodatkowego świstka z Północnej Karoliny, który donieśliśmy, ale im się nie spodobał i musimy przynieść go jeszcze raz tylko chcą, żeby niektóre sformułowania były inaczej napisane… bez komentarza). 

Za to nasz samochód pomyślnie przeszedł smog inspection (mówiłam, że ekologiczny stan 😊 ). Zmieniliśmy też adresy w bankach, sklepach internetowych, w aptece (leki na receptę przychodzą mi pocztą bo tak jest taniej), u lekarza, w ubezpieczeniu itp.


Poza miastem mamy całe pola tych wiatraków



Nasze miasto i lokalizacja też są spoko. Pod względem liczby ludności jesteśmy więksi niż na przykład Pittsburg  (swoją drogą nawet Lublin jest większy od Pittsburga 😄) czy Nowy Orlean. Z kolei Los Angeles, San Francisco czy Las Vegas na tyle blisko, że możemy wybrać tam na weekendową wycieczkę samochodem, z czego na pewno skorzystamy w przyszłości ❤️


Jak na razie jest lepiej niż oczekiwaliśmy (chociaż ja ogólnie sobie za wiele nie wyobrażam, żeby się nie rozczarować 😅 ). A, no i mam palmy przed domem. Nie wiem kiedy mi spowszednieją, ale na razie wciąż się jaram 😊 

Read More

Przeprowadzamy się!






Jak już niektórzy z was wiedzą – przeprowadzamy się! Tak, ja wiem, hola, hola, przecież dopiero rok temu był post o przeprowadzce i wcześniej w listopadzie o tym jak przenosiliśmy się z Iowy do Północnej Karoliny. Cóż, tak właśnie wyglądają realia życia z amerykańskim naukowcem 😂 Zack dostał nową pracę i tym razem czeka nas przeprowadzka do …. Kalifornii! 

(Tak, nasz kod pocztowy będzie zaczynał się od 90, szkoda tylko, że dalej nie będzie 210 😅)

Jak wspominałam ostatnio, bardzo lubię Północną Karolinę (w końcu moje drugie imię to Karolina 😅 ), więc trochę ciężko się z nią rozstawać po dwóch latach mieszkania tutaj. Są jednak rzeczy za którymi tęsknić nie będę: wysoka wilgotność powietrza (bez sensu układać włosy, 10 minut na dworze i już siano na głowie) oraz różne żyjątka, do których nie pałam sympatią typu pająki, węże, szerszenie (są też jaszczurki, ale je akurat lubię), cóż, taki mamy klimat, większość roku ciepło to różne robactwo się mnoży na potęgę.

Wracając do przeprowadzki – wstępną trasę i grafik mamy już opracowane. Większość naszych rzeczy wysyłamy w kontenerze, natomiast my z kotem podróżujemy samochodem. To będzie prawdziwy 10-dniowy road trip przed całe Stany



Odległościowo to trochę ponad 4 tys. km. (mniej więcej tak jakby tłuc się samochodem z Estonii do Portugalii) 😂

Taki camper by nam się przydał, ale co poradzić do dyspozycji mamy tylko Nissana Versę 😆




Ze względu na podróż z kotem nie możemy robić zbyt wiele kilometrów dziennie (kot się na przykład nie wysika podczas podróży i będzie trzymał, więc nie chcemy, żeby wysiadł mu pęcherz... ). Na szczęście Tesla dobrze znosi podróż samochodem i lubi hotele, więc parę dni w trasie da rade 😊

Zwiedzanie też jest trochę utrudnione, na razie mamy w planach jedynie krótką wizytę w Memphis (Graceland czyli dom Elvisa raczej obejrzymy tylko z zewnątrz, aż takim fanem nie jestem, żeby płacić ok. 350zł za bilety dla dwóch osób, btw. to i tak są najtańsze bilety 😥)

Chciałam uwzględnić też w planie wycieczki "Four Corners" czyli jedyne miejsce w USA gdzie spotykają się granice czterech stanów (Kolorado, Utah, Nowy Meksyk i Arizona). No, ale wyszło, że nie po drodze... Las Vegas też raczej nie po drodze, ale to nic, będzie jeszcze okazja odwiedzić bo jest tylko kilka godzin jazdy do naszego nowego domu (taki hint hint dla tych, którzy chcieliby nas odwiedzić 😃).

Jezioro Tahoe

Za to zatrzymamy się na parę dni w innej części Arizony, żeby zobaczyć Wielki Kanion Kolorado i Kanion Antylopy. Jeśli chodzi o Kanion Kolorado to jaram się. Natomiast o ile Kanion Antylopy baaardzo podoba mi się wizualnie to mam trochę opory przed wejściem do niego bo wycieczka to właściwie taka wspinaczka wewnątrz kanionu i czasem może być dość wąsko i boję się, że załapie mnie klaustrofobia). Podzieliłam się obawami z małżonkiem a on na to: „Nic się nie martw, jak się zaklinujesz to zrobimy tak jak ten facet z filmu, obetniemy Ci ręce i Cię wyciągniemy.” Yyy, dzięki. 

Dla zainteresowanych: wirtualna wycieczkapo kanionie.  


A z Arizony do Kalifornii to już rzut beretem. No dobra, trochę ponad 800km 😰 W każdym razie ostatnia prosta. Mieszkanie mamy wynajęte (papiery podpisaliśmy online), następnego dnia po naszym przyjeździe powinien być dostarczony nasz kontener (miejmy nadzieję, że niezbyt poobijany, jak to miało miejsce poprzednim razem…) i będziemy mogli się zacząć rozpakowywać. 

A potem już z górki – nowy stan, więc znów egzamin na prawo jazdy (haha, no po prostu niekończąca się historia w moim przypadku), rejestracja samochodu (pewnie kosztująca miliony monet) i największy fun, czyli szukanie pracy 😃

Zdjęcia i updejty oczywiście będą na blogu i Facebooku, także zapraszam do śledzenia 😊 








Read More

Wszystko co chciałbyś wiedzieć o Karolinie Północnej, chociaż do niczego nie jest Ci to potrzebne




Mieszkając w Iowa popełniłam post na blogu na temat ciekawostek związanych z tym stanem. Teraz (póki jeszcze) mieszkamy w Północnej Karolinie, chciałabym przybliżyć wam ten stan. Jak na razie jest to mój ulubiony stan, w którym miałam okazje mieszkać 😊 Ale zaczynając od podstaw – czyli gdzie w sumie leży Karolina Północna?


Jest wielkości ok. połowy Polski, a liczba mieszkańców przekracza 10 milionów (i ciągle rośnie, dosłownie wszędzie budowane są nowe osiedla). Ma na to wpływ między innymi największy w Stanach park naukowo-technologiczny (swoje siedziby mają tu między innymi IBM, Cisco, GlaxoSmithKline czy Lenovo).
Północna i Południowa Karolina zawdzięczają swoje nazwy brytyjskiemu królowi Karolowi I. Pierwsza angielska kolonia została założona w 1585 przez kochanka królowej Elżbiety I - Waltera Raleigh i stąd mamy nazwę stolicy stanu – Raleigh (wymawiane jako ra-li). Sir Raleigh zginął poprzez ścięcie a jego grób znajduje się w Westminster Abbey.

Problem z tą kolonią jest taki, że zaginęła, tzn. gdy przyjechano tam w 1590 to po osadnikach nie było śladu. 90 mężczyzn, 17 kobiet i 11 dzieci (w tym Virgnia Dare, pierwsze angielskie dziecko urodzone w USA) po prostu rozpłynęło się w powietrzu. Zabudowania zostały, nie było żadnych śladów walki, wyryty jedynie został napis CROATOAN oraz CRO na pobliskim drzewie. Osadnicy mieli przykazane wyryć krzyż maltański na ustalonym wcześniej drzewie gdyby zbliżało się zagrożenie, lecz niczego takiego nie znaleziono. Do dziś nie rozwiązano tej zagadki, ale trwają badania DNA, żeby sprawdzić czy osadnicy nie wymieszali się z miejscową ludnością.
 Sir Walter Raleigh
Raleigh dziś - Muzeum Historii Naturalnej

Budynki w centrum 😊

Czasem można spotkać takie schody jak w Nowym Jorku, ale dość rzadko
Pozostając w klimatach historycznych – w Północnej Karolinie odbył się pierwszy lot samolotem – bracia Wright wybrali nasze wybrzeże (Outer Banks) na swoja pierwszą próbę. Dziś jedna z oficjalnych wersji tablic rejestracyjnych ma napis "First in Flight" (każdy stan ma inne tablice).


Znani ludzie z Północnej Karoliny to na przykład Edward Snowden, Ava Gardner, Julianne Moore czy Tori Amos. Znanym trenerem koszykówki jest Mike Krzyzewski. Jego nazwisko sprawia jednak Amerykanom dużo kłopotu, więc zazwyczaj wołają na niego Coach K 😅
W Północnej Karolinie znajduje się też największy dom w Stanach - The Biltmore Estate. Został wybudowany w 1895 przez rodzinę Vanderbiltów (która wciąż jest jego właścicielem), ma 250 pokojów. Zagrał w wielu filmach/serialach, np. Forrest Gump, Hannibal czy One Tree Hill.
The Biltmore Estate
By 24dupontchevy - Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=51735781



W Północnej Karolinie znajduje się także największa na świecie…. rzeźna. W Tar Heel ubija się 32 tys. świń dziennie. Należała ona do firmy Smithfield Foods, która tak się składa, posiada też takie marki jak Morliny, Berlinki czy Krakus. Natomiast ostatnio Smithfield Foods zostało kupione przez chińskie konsorcjum WH Group. Chinom bardziej opłaca się zlecać chów i ubój świń w niektórych stanach czy w Polsce bo jest to dla nich zwyczajnie tańsze i bardziej wygodne (do nich płynie samo mięso, my mamy toksyczne odpady...)

Chociaż w Północnej Karolinie wynaleziono Pepsi (w 1898 roku) to oficjalnym napojem stanowym jest…. mleko 😄 Jesteśmy też numerem jeden w produkcji batatów 😅



Hasło naszej uczelni stanowej



Ale wracając do tematów historyczno-kulturowych - Północna Karolina zaliczana jest do amerykańskiego południa, więc podczas wojny secesyjnej była częścią Konfederacji, która walczyła z północą czyli Unią.

Niby teraz Stany są jednym krajem, ale mieszkańcy Południa wciąż lubią podkreślać swoją odrębność. Nigdzie indziej nie zobaczycie pomników Kofederatów bo w Stanach traktowane są mniej więcej jak u nas w Polsce pomniki żołnierza radzieckiego. Parę jeszcze zostało ale i tak co jakiś czas zdarzają się protesty, żeby je usunąć.

Pomnik pamięci zmarłych Konfederatów

W wielu miejscach widać też pozostałości po segregacji rasowej. W centrum Raleigh można zobaczyć zdjęcia z lat '60 z sit-ins, czyli pokojowych protestów, gdzie czarni siedzieli godzinami w restauracjach, w których teoretycznie nie powinni być i gdzie nikt nie chciał ich obsłużyć. Po prostu przychodzili i siedzieli do zamnięcia.
Na południu mamy też "historically black universities" czyli uczelnie niegdyś tylko dla czarnej cześci społeczeństwa. Dziś przyjmują wszystkich, ale wciąż większość studentów jest ciemnoskóra.

Sit-in w Greensboro
Głównym napojem amerykańskiego południa jest słodka herbata. Jeśli gdziekolwiek w USA poprosisz o herbatę dostaniesz ją niesłodzoną (zimną oczywiście, ciepłych napojów tu się nie pija). Natomiast na południu jest odwrotnie - żeby dostać niesłodzoną to trzeba to wyraźnie zaznaczyć. Niestety w wielu miejscach słodka herbata to w sumie syrop o smaku herbaty, europejskie kubki smakowe mogą nie podołać 😂
Mieszkańców Południa można też poznać po akcencie, zresztą wystarczy posłuchać Toma Hanksa w Forreście Gumpie (Forrest był z Alabamy czyli Deep South 😊 ). Tak, oni tak naprawdę zaciagają 😅

Południe jest bardzo religijne, kościoły można spotkać na każdym kroku, szczególnie baptystyczne. Tradycyjnie, południowe stany są także za posiadaniem broni.

Usłyszeć można także typowo południowe powiedzonka typu Howdy (jako How are you), Y’all (you) czy Bless Your Heart. I jak, myślicie, że podobało by wam się na południu? 😃

Read More
Obsługiwane przez usługę Blogger.

© Copyright usasrusa