San Diego


Nasz schemat wakacyjny nie zmienia się już od lat – jeśli Zack ma konferencję w fajnym miejscu to jadę też i ja. W tym roku moje cztery dni urlopu wykorzystałam na San Diego. Co prawda byliśmy tam dwa lata temu, ale co tam, ja do Kalifornii zawsze chętnie.

Niestety trafiliśmy na coś co miejscowi zwą June Gloom czyli depresyjną pogodę, która często pojawia się w San Diego w czerwcu. Zabrałam więc letnie ubrania ( a nawet zaszalałam i wzięłam strój kąpielowy) no bo przecież Kalifornia i w ogóle, a cały pobyt żałowałam że nie wzięłam porządnego swetra. Słońce zobaczyliśmy raz – w Uberze w drodze powrotnej na lotnisko.

Lokalny biznes

A propos lotniska. Taka ciekawostka, która się może komuś przydać. Zack kupił bilety dla nas obojga płacąc za nie razem swoją kartą. Potem okazało się, że on będzie leciał wcześniej bo ma inną konfę w Denver i nie opłaca mu się wracać. No dobra, poleciałam się sama. A pani na lotnisku mówi:
- Proszę pokazać mi kartę, którą było płacone za podróż
Ja: Nie mam bo nie ja płaciłam. Ale mam tu wszystkie dokumenty i potwierdzenia to sobie może Pani sprawdzić.
Pani: No to Pani nie poleci. Chyba, że teraz na miejscu Pani zapłaci za bilet. A za tamten poprzedni będzie zwrot zrobiony na kartę.

No i cóż było robić, wyskoczyłam z kasy i zapłaciłam. Jakby tego było mało Zack musiał zrobić to samo w drodze powrotnej. Pani poprosiła go o kartę a on na to „Ale ja już jej nie mam bo płaciłem za te bilety parę miesięcy temu i w międzyczasie bank mi przysłał nową”. I nie było zmiłuj, musiał płacić jeśli chciał polecieć. Także moi drodzy, najwidoczniej jakieś przepisy się zmieniły i teraz mają ciśnienie na sprawdzanie tych kart płatniczych. Więc na podróż po Stanach zawsze warto mieć przy sobie ekstra gotówkę lub zapas na karcie w razie gdyby pani powiedziała „albo pani płaci albo nie leci” 😒.

Ale wracając do San Diego to jakoś tam dotarłam (z przesiadką w Los Angeles). Tym razem mieszkaliśmy w kompletnie innej części San Diego niż ostatnio, bardzo blisko oceanu i przejście na plażę zajmowało może 5 minut 😍 Nasz hotel (hotel konferencyjny) teoretycznie nazywał się resortem, ale jak dla mnie trochę to mocno podkręcony marketing. Niemniej jednak mieliśmy fajne rybki w lobby i codziennie na kilka godzin przyprowadzane były papugi. Nie wiem czy były wiązane na sznurku czy jak, no ale nie odlatywały 😉






Dwa lata temu zaliczyliśmy sporo turystycznych atrakcji (USS Midway, Old Town, Coronado Island, Gaslamp Quarter, Balboa Park), więc tym razem bez ciśnienia spacerowaliśmy sobie po plaży i chodziliśmy po lokalnych knajpach. Właściwie codziennie był też jakiś event na konferencji, więc przynajmniej te sukienki, które wzięłam się przydały 😉.

Trochę kusiło mnie, żeby pójść do Sea World ale z racji tego, że uważam, że trzymanie zwierząt w ciasnych akwariach czy basenach jest nieetyczne to ten punkt programu odpadł. Ale niech was nie zwiedzie nazwa, to jest typowy amerykański park rozrywki czyli oprócz tematu przewodniego czyli delfinów, krabów i ośmiornic, są też karuzele, zjeżdżalnie czy rollercostery (wciąż nie mogę pojąć ich fenomenu). Dla zainteresowanych - koszt jednodniowego biletu to 227zł/os. (licząc dzisiejszym kursem dolara), dzieci do lat 3 za darmo.

Muszę przyznać, że  architektura w San Diego, szczególnie ta bezpośrednio przy plaży, trochę mnie zaskoczyła. Co tu dużo mówić, jest trochę kiczowato. Miejscowa zasada jest taka, że im więcej szkła tym lepiej, ale niestety wcale nie wygląda to dobrze. W Iowa mieszkaliśmy w małej miejscowości z klimatem miejskich przedmieść, gdzie mieliśmy szeregi tak samo wyglądających domków. Teraz w Północnej Karolinie mieszkamy w mieście postindustrialnym gdzie stare fabryki zmienia się na nowoczesne biura i wiele miejsc jest bardzo zadbanych, wliczając w to tereny zielone. W porównaniu z nimi San Diego przypomina trochę…. Polskę 😉 Czyli jeśli kogoś poniosła fantazja to postawił sobie jakąś szklaną szkaradę albo zrobił dziwną dobudówkę, pomalował dom na kolor, który nijak pasuje do pozostałych itp. Ogólnie nie ma tam zbyt dużej spójności (oprócz zamiłowania do szklanych barierek na balkonach 😉 ) i trochę mnie to razi. Ale z drugiej strony też fascynuje, zrobiłam więc masę zdjęć 😁


Ciekawe czy mieszkańcy mówią, że mieszkają na Manhattanie 😋

Te strzały 😄

Miks szklanych balkonów ze stylem hiszpańskim u sąsiada

O, to już bardziej moje klimaty
Nie wszystko jest "na bogato"

A tu mamy Bawarię 😂
Można oczywiście zatrzymać się też w typowym amerykańskim motelu. Mój ulubieniec:
Hitem były dla mnie też domki na molo. Osobiście miałabym obawy tam mieszkać, już nie wspominając o zostawieniu samochodu przed domkiem, ale jak widać jest dużo chętnych.Z wodą jednak nie ma żartów i co paręnaście metrów można zobaczyć takie znaki:

Tsunami Evacuation Route
I wspomniane domki:



 A z molo widok był fajny, szczególnie na surferów, którzy w San Diego mają super warunki.


 

No i na koniec zaprezentuje wam naszego ulubieńca - "Surfer Jesus", wymiatał lepiej niż cała młodzież razem wzięta:
Surfer Jesus 😍




A tak prezentował się w akcji:









Read More

Lemury


Poprzedni weekend był u nas długim weekendem (wreszcie jakieś wolne bo oczywiście 1 i 3 maja zasuwałam do pracy). Zjechała do nas rodzina z Pennsylwani (dni wolnych jest tu mało, więc nikt za bardzo nas nie odwiedza bo nie ma kiedy), więc przygotowaliśmy długą listę atrakcji, w tym wizytę u lemurów.

Mamy bowiem u nas Lemur Center, które jest największą populacją lemurów poza Madagaskarem. A przynajmniej tak nam powiedziano, wierzę na słowo. Zazwyczaj trzeba zapisać się w kolejkę i na bilet czeka się tygodniami, ale ze względu na długi weekend postanowili zrobić Open House, czyli takie swobodne zwiedzanie bez przewodnika.
Te regularne wejścia mogą być normalne, czyli idę i oglądam lemury, można też wybrać fantazyjną i mało przystępną cenowo opcję jak Maluj z lemurami (tak one malują obrazy, przykłady na zdjęciach poniżej) czy Zostań opiekunem lemura na jeden dzień (tak, zbierasz kupy lemurów i jeszcze musisz za to zapłacić, koszt to ok. 1300zł plus podatek). Można też lemura "adoptować", czyli wpłacić trochę kasy i Twoje imię będzie wisiało na jego klatce 😎


Nasz ośrodek jest częściowo naukowy, badają jak się u tych lemurów rozwija Alzheimer, więc robią im skany mózgów co jakiś czas i przeprowadzają też inne badania, zależy co się akurat napatoczy.

Naszym największym zaskoczeniem było to jakie one potrafią być głośne. Do posłuchania tutaj:


A tak się zwierzaki prezentują:

Obrazy lemurów
Obrazy lemurów, te duże po 100 dolarów 😉


Read More

Przeprowadzka



Właśnie stuknął nam miesiąc od naszej ostatniej przeprowadzki (na szczęście tym razem w obrębie tego samego miasta 😋). Poszliśmy za ciosem i uznaliśmy, że zmienimy mieszkanie, tak, żebym miała blisko do pracy. Poza tym mamy jeden samochód, więc gdy wcześniej ja dojeżdżałam do pracy, Zackowi pozostawał jedynie rower jako środek transportu, albo był na mojej łasce, żeby go podrzuciła lub odebrała z pracy 😄 Także teraz się zamieniliśmy i on ma samochód a ja do pracy chodzę na piechotę, co zajmuje mi jakieś 7-8 minut.


Powodów do przeprowadzki było też więcej – wcześniej mieszkaliśmy blisko centrum, wiec tak jak wszędzie na świecie, w centrum jest drożej. Mieszkaliśmy więc w starym budynku, mieszkanie było mniejsze niż nasze obecne, nie mieliśmy balkonu (a teraz mamy 😍), no i o udogodnieniach typu pralka mogliśmy pomarzyć (tzn. była pralnia, ale trzeba było wyjść na zewnątrz i przejść na drugą stronę budynku targając ze sobą proszek/płyn do prania i stertę brudnych gaci 😋). A teraz za podobną cenę mamy ładne, nowe mieszkanie w 3 letnim budynku, a nie 50 letnim 😃
Zazwyczaj wracając z pracy spotykam rodzinę kaczek (nie tych konkretnych, ale podobnych 😉)
Ale z przeprowadzką wiązały się tez niemałe koszty. Poprzednie mieszkanie wynajęliśmy bezpośrednio od właścicielki i do tego było już umeblowane (właściwie przywieźliśmy tylko swoje łóżko, reszta, wliczając dwa telewizory czy garnki i sztućce, była już na miejscu, co wtedy nam bardzo pasowało bo przeprowadzając się z Iowa nie wzięliśmy dużo rzeczy). Jest to dość niespotykana sytuacja bo zazwyczaj po przeprowadzce zastaje się gołe ściany i umeblować całość trzeba samemu. Wynajmem od właścicieli też nie jest bardzo popularny – częściej zdarza się, że budowany jest cały kompleks mieszkaniowy pod wynajem i inwestor tym zarządza lub wynajmuje firmę do zarządzania. Tak wynajmujemy nasze obecne mieszkanie i tak wynajmowaliśmy w Iowa.

Pierwszą inwestycją były więc meble oraz rzeczy typu sztućce i talerze. Mieliśmy trochę wrażenie, że właśnie wzięliśmy ślub bo niczym nowożeńcy pierwszy raz razem kupowaliśmy zastawę, kanapę i stolik kawowy  Na szczęście wtedy studenci zaczynali też myśleć o wyprowadzce (sporo osób jest już po wszystkich egzaminach na początku maja) i wyprzedawali swoje meble. Tym sposobem bardzo okazyjnie kupiłam śliczne krzesła 😍
 
Kolejne opłaty to application fee oraz administration fee, razem 250 dolarów. My wprowadziliśmy się z kotem, więc dochodzi jeszcze 300 dolarów pet fee. I dodatkowo jest jeszcze doliczane 20 dolarów miesięcznie. Za kolejnego kota albo psa trzeba dopłacić, jest też limit dwóch zwierzaków na mieszkanie. To są akurat standardowe regulacje, większość miejsc ma też listę ras, których zabraniają, typu pitbule, amstafy itp.

Cena czynszu zależy oczywiście od lokalizacji. Bo takie 1B1B czyli „one bedroom, one bath apartament” (salon jest jakby oczywistością i podaje się tylko liczbę sypialni; kawalerka to „studio apartament”) może nas wynieść od 800 do 1500 dolarów (w naszej okolicy, na przykład w Nowym Jorku można zapomnieć o takich cenach). Nam wychodzi około tysiaka już z opłatami. Łatwiej jest więc coś wynająć niż w Polsce bo dwóch pokojów za 1000zł w takim standardzie mam wrażenie, że trudno będzie w Polsce znaleźć.

A co mamy w cenie czynszu? Poza oczywistą oczywistością czyli mieszkaniem mamy też do dyspozycji basen, co akurat jest standardem na południu Stanów bo wpadamy tu już w klimat podzwrotnikowy. Nowsze baseny, takie jak nasz, mają za to soloną wodę, czyli nie śmierdzi się potem chlorem. Jest też myjnia samochodowa (tzn. myje się samochód samemu, ale jest wydzielone miejsce z wężem itd.). Trochę szkoda, że nie ma „pet spa” czyli miejsca gdzie można wykąpać swojego psa/kota i dzięki temu nie trzeba myć go we własnej wannie. Nasi znajomi mają taką opcję u siebie w kompleksie i trochę im zazdroszczę bo muszę prać naszego sierściucha regularnie i potem zbierać kłaki po całej łazience 😑.

Mamy za to valet trash. Nie martwcie się, też nie wiedzieliśmy co to i musieliśmy wygooglać 😂 Chodzi o to, że wystawiacie wieczorem na klatkę schodową kubeł ze śmieciami i specjalna firma robi rundę po całym kompleksie, zbiera te worki i wynosi je na śmietnik. Trochę brzmi jak burżuazja, ale w sumie to bardzo praktyczne bo kompleks jest duży a śmietnik jest tylko w jednym miejscu. My akurat mamy do niego bardzo blisko, więc jak się zagapimy i nie wystawimy śmieci wieczorem bo sami możemy wziąć worek i wyrzucić. Ale już parę razy widziałam gdy ludzie, którzy mieszkają na drugim końcu naszego osiedla pakują te śmieci w samochód i przywożą do śmietnika bo po prostu mają za daleko, żeby taszczyć ten worek.

Kolejnym standardem w nowszych mieszkaniach jest siłownia. Zazwyczaj siłki są niezbyt okazałe, więc Zack wykupił sobie karnet w takiej regularnej siłowni i ja też zastanawiam się czy tego nie zrobić. Aczkolwiek nasza siłownia jest całkiem spoko do zrobienia podstawowego cardio.


Ale moim największym hitem i tak  jest…. pralka i suszarka. Po ponad 4 latach mieszkania w Stanach pierwszy raz mam mieszkanie z pralką 😍 Wreszcie nie muszę pilnować czy mam wystarczającą ilość 25-centówek (często jedyna waluta akceptowana przez amerykańskie pralki 😒) i nie muszę robić trzech wycieczek do pralni, żeby zrobić jedno pranie (jedna to nastawienie prania, druga to przełożenie do suszarki i trzecia to przyniesie prania).
Plusem mieszkania w kompleksie mieszkaniowym jest to, że gdy coś się zepsuje to na miejscu jest ktoś a la pan konserwator w szkole. Czyli przyjdzie i naprawi, i to jest w cenie czynszu. Gdy w Iowa zepsuła nam się lodówka to po prostu to zgłosiliśmy i na drugi dzień mieliśmy zainstalowaną nową. W różnych miejscach są różne regulacje, np. w naszym obecnym mieszkaniu pan konserwator przyjdzie i wymieni przepaloną żarówkę a Iowa wymienialiśmy sami. Często takie rzeczy zgłasza się przez specjalny formularz online, pan konserwator ma klucz i przychodzi nawet gdy nie ma nas w domu.

Nasza pralka i suszarka (zazwyczaj amerykańskie pralki są ładowane od góry)
A tu jeszcze parę naszych mieszkaniowych ciekawostek.

Zazwyczaj prysznice nie mają słuchawki, takiej którą można wziąć do ręki, jest jedynie taka jak na zdjęciu (zestaw ze słuchawką można kupić, koszt ok 30 dolarów, jednak nie zawsze da się zainstalować, próbowaliśmy już z tym ancymonem na zdjęciu, ale na razie bez powodzenia, zaparł się i nie chce się odinstalować).


Jeśli planujecie wybrać się do USA to pamiętajcie, że kontakty i napięcie są inne (np. suszarka może działać na pół gwizdka). Wtyczki mają też cieńsze bolce i łatwo je wykrzywić, dlatego wolę polskie wtyczki 😊

No i to jest kolejny hit. Można sobie zainstalować telewizor w łazience, bo w sumie czemu nie? 😂


Nietypowe jest też umiejscowienie skrzynki z bezpiecznikami. Taką mamy właśnie ozdobę sypialni:

Nie mam zdjęcia na dowód, ale posiadamy też młynek w zlewie. Tak, taki jaki jak z filmów 😃

No i co, czuje się ktoś zachęcony, żeby przyjechać i zostać naszym sąsiadem? 😉




Read More

Nowy rok, nowa praca




Jak już niektórzy z was wiedzą, niedawno zaczęłam nową pracę (chociaż niedawno w tym przypadku oznacza dwa miesiące 😉 ). Swoją drogą w tym tygodniu minęły 3 lata odkąd na stałe przyjechałam do USA i to już będzie moja 5 praca w ciągu tego czasu...

A co dokładnie robię? Jako, że z wykształcenia jestem administratywistką (tak, tak się nazywa osoba po administracji) to szukałam czegoś w zawodzie i wyobraźcie sobie, że znalazłam 😄 Pracuję więc w… publicznej wirtualnej szkole, gdzie zajmuje się gimbazą (a dokładnie dokumentacją gimbazy) i różnymi innymi około-administracyjnymi sprawami. Jest to dla mnie o tyle ciekawe, że moje doświadczenia z amerykańskim systemem edukacji są raczej marne i zaliczyć do nich mogę jedynie parę zajęć na uczelni, więc to zupełnie inna bajka. Co to jest wirtualna szkoła to temat na kolejną notkę, także na razie nie będę się rozpisywać.


Muszę przyznać, że proces rekrutacyjny poszedł naprawdę szybko. Pod koniec grudnia mój kontrakt na uczelni zbliżał się do końca (przez pół roku pracowałam przy jednym projekcie badawczym, taka trochę socjologiczna robota, czyli też w zawodzie haha, no i jaram się, że na uczelni, która jest na 18 miejscu w światowym rankingu, oh, yeah 😎 ). Wtedy zaczęłam się wtedy rozglądać za czymś na stałe bo nie chciałam być „job hopper” (jest jakiś polski odpowiednik?) i żyć od kontraktu do kontraktu.


Także gdzieś w pierwszym tygodniu stycznia wypełniłam aplikację na stronie mojego aktualnego pracodawcy, po kilku dniach dostałam telefon z zapytaniem kiedy mogę pojawić się na rozmowie kwalifikacyjnej i w piątek 13go już rozmawiałam sobie z moim aktualnym szefem. Data jak widać nie okazała się pechowa i po kilku dniach zostałam poproszona o przesłanie referencji (są właściwie obowiązkowe do każdej pracy). I zdaje się, że dwa dni później dostałam telefon już z propozycją pracy. Później na maila przyszły mi dokumenty do podpisania elektronicznie, zrobiono background check (czyli sprawdzono w kartotekach sądowych czy nie mam na sumieniu przestępstw lub wykroczeń) i 1 lutego mogłam zaczynać pracę. 


A przynajmniej w praktyce bo formalności jeszcze się nie skończyły. Jako, że to szkoła publiczna to musieli mnie trochę bardziej prześwietlić, więc pobrano mi odciski palców i wysłano… no nie wiem gdzie, pewnie do FBI (bo tam wysłali moje odciski, które ostatnio zostawiałam do zielonej karty).


A potem musiałam jeszcze zdobyć zaświadczenie od mojego lekarza rodzinnego, że jestem zdolna do pracy - coś w stylu zaświadczenia, które trzeba było wziąć od lekarza przed rozpoczęciem studiów. Tyle, że wtedy, w Polsce, poszłam, powiedziałam, że potrzebne na studia, lekarka zapytała czy dobrze się czuje, podpisała i gotowe. Liczyłam na to, że i tutaj będzie podobnie, szczególnie, że moja lekarka też przyjechała tutaj z Iowa i nawet przyjeżdżała do naszej miejscowości na mecze, więc jesteśmy ziomkami 😆  No, ale się z tym mocno przeliczyłam.

Zacznijmy od tego, że moja przychodnia nie ogarniała tematu, więc bujałam się z tym papierem ponad dwa tygodnie, aż wreszcie wymyślili, że muszę umówić się na wizytę (chociaż wcześniej twierdzili, że nie). Na wizytę trzeba poczekać. I trzeba wziąć wolne w pracy. Już zaczęłam przebierać nogami bo zbliżał się koniec mojego pierwszego miesiąca w pracy, którą dostałam pod warunkiem, że doniosę ten papier, szef już o to dopytuje, a ja ciągle tego zaświadczenia nie mam.  Ale w końcu nadszedł dzień wizyty i…. spędziłam pół dnia w przychodni.



Tak z połowę badań oganiała pielęgniarka, która sprawdziła cienienie krwi, temperaturę, było też badanie wzroku (czytanie literek z tablicy), badanie słuchu (wsadziła mi coś do uszu i musiałam podnosić rękę jak usłyszę dźwięk). Potem lekarka mnie osłuchała, stwierdziła, że mam zaległe szczepienie na tężec, krztusiec i błonicę (tak, tak, co 10 lat trzeba robić), więc znowu do pielęgniarki na szczepienie, potem ubrali mnie w szpitalną podomkę (czasem na filmach pokazują, taka co wkłada się ją na przód a z tyłu gołe plecy, a czasem i tyłek), wysłali na prześwietlenie płuc (mogłam zamiast tego wziąć próbę tuberkulinową, ale nie chciałam), później znów do lekarki, która stwierdziła, że nie mam gruźlicy, po czym mogłam wziąć podpisany kwit, wrócić do pracy i dać go szefowi. Ach, no i oczywiście, pomimo ubezpieczenia, za taką wizytę się płaci, u mojego ubezpieczyciela na szczęście tylko 25 dolarów (o ile nie przyjdą mi pocztą jakieś dodatkowe rachunki...).

Także siedzę sobie w moim biurze już drugi miesiąc i nawet mi się podoba 😀 Szef jest luzacki, często chodzi w kaszkietówce (swoją drogą kaszkietówka to typowo lubelskie słowo, nie wiem czy wszyscy znają, jeśli nie znają to można wygooglać 😋 ) i bezrękawniku w serek, więc zawsze mam wrażenie, że zaraz idzie na golfa 😂 A z racji tego, że szkoła wirtualna to i nauczyciele siedzą w domu i do biura przychodzą może raz z tygodniu, więc zazwyczaj jest dość spokojnie.



Z kolei co dwa tygodnie jest wypłata. Niestety, do tej pory każda z moich prac w Stanach miała stawkę godzinową, a nie pensję, ale da się z tym żyć 😉 Na razie przysługuje mi (a nie jest to oczywistością w każdej firmie) ubezpieczenie zdrowotne i składki emerytalne (w sensie, że pracodawca się dokłada, ale muszę najpierw wypracować 1000 godzin), zniżka na abonament na komórkę (ale akurat nie do tej sieci w której ja mam telefon....) oraz 4 DNI URLOPU ROCZNIE. Szał, nie? W USA nie ma kodeksu pracy, więc to nikogo nie dziwi, że każdy pracodawca ustala sobie według własnego widzimisię. Ale, ale, są też 4 dni chorobowe oraz, z racji tego, że to szkoła, mamy wolne od Świąt Bożego Narodzenia do pierwszego stycznia. Także no, trzeba szukać pozytywów 😄
Read More

Superbowl i o co chodzi w futbolu amerykańskim



Dziś dla sporej części Amerykanów najważniejszy dzień w roku czyli finał głównej ligi amerykańskiego futbolu. Zack zaprosił kolegów i za dwie godziny zasiądą oglądać mecz między Atlanta Falcons a New England Patriots. Jakby co to kibicujemy Atlanta Falcons bo nie lubimy Toma Brady’iego z Patriots (tego od Giselle Bundchen). Ja mam zamiar zerkać co jakiś czas na mecz i oczywiście obejrzeć koncert Lady Gagi w przerwie oraz reklamy, które w tym roku kosztują 5 milionów za 30 sekund 😜

Jeśli ktoś zastanawia się o co w tym sporcie chodzi to polecam ten krótki (ma nieco ponad minutę) filmik:


Można też poczytać zasady gry, które ładnie opracowane są tutaj. W ogóle okazuje się, że w Polsce liga futbolu amerykańskiego rozwija się dość prężnie i mamy już 7 drużyn pierwszej ligi (a lig jest bodajże 6). Jedynie brakuje im inwencji w wymyślaniu nazw bo połowa z nich jest skopiowana z ligi amerykańskiej (i często nawet nie tłumaczą ich na polski). Jak na razie moją ulubioną nawą polskiej drużyny jest Green Ducks 😍

Ale powróćmy do futbolu amerykańskiego w Ameryce 😊 Chociaż nikt tu tak go nie nazywa bo jest to po prostu football i tym sposobem odpada problem przydługawej nazwy. A piłka nożna to soccer.

Superbowl wypada zawsze w niedziele bo to tradycyjnie dzień rozgrywania meczów (teraz popularne mecze lecą też w poniedziałki). NFL (National Football League, taki tutejszy PZPN 😉) ma też swoją piosenkę, którą puszczają przed każdym niedzielnym meczem (jest to cover piosenki country, ale nikomu nie przeszkadza). Od paru lat śpiewa ją Carrie Underwood (wcześniej śpiewała Faith Hill). Słowa są minimalnie zmieniane każdej niedzieli, w zależności kto z kim i gdzie gra. Dlatego my zawsze uważnie słuchamy co w tym tygodniu zaśpiewa Carrie 😄

To jest wersja na 2016 rok (czyli na sezon, który właśnie się kończy):

 


I poprzednia, na 2015 (ta podobała mi się trochę bardziej):

Co do samego meczu to w teorii trwa 4 kwadranse, a w praktyce (wyliczenia Wall Street Journal) zazwyczaj około 3 godzin, z czego ponad godzina to reklamy, powtórki to ok. 17 minut a zbliżenia na zawodników to 75 minut. Ile zostaje więc na właściwą grę? 10 minut 43 sekundy 😂

Także, jeśli macie zamiar oglądać to bawcie się dobrze przez te 10 minut oraz przez 20 minut z Lady Gagą 😂
Read More

Podsumowanie końcówki 2016



Czas na obiecane podsumowanie listopada i grudnia (pomińmy fakt, że jesteśmy już za połową stycznia 😉) Na te miesiące wypadają dwa główne „rodzinne” święta w USA: Święto Dziękczynienia i Boże Narodzenie. Bardzo się podekscytowaliśmy faktem że teraz, po przeprowadzce, mamy bliżej do rodziny Zacka i „nareszcie będziemy sobie jeździć na wszystkie święta!”. Z Iowy trzeba było latać i to zawsze z przesiadką, najczęściej w Chicago (a nie znam nikogo, kto lubi lotnisko w Chicago).


Zapakowaliśmy się więc w samochód i pod koniec listopada pojechaliśmy w kierunku Pensylwanii. Nie pomyśleliśmy jednak, że to czas, kiedy pół Ameryki podróżuje (obiad na Thanksgiving traktuje się jak u nas kolację wigilijną, no po prostu trzeba być). Tak więc miało być 7 godzin, wyszło 12… Chociaż tyle, że mieliśmy fajna miejscówkę – zatrzymaliśmy się w hotelu niedaleko dziadków Zacka.
Mam wrażenie, że w Polsce oczekiwanie, że odwiedzająca rodzina załatwi sobie hotel jest często traktowane jako afront, ale tutaj to normalka.

Rodzina Zacka stara się odciążyć babcię, która do tej pory przygotowywała większość obiadu na Thanksgiving sama i teraz organizację przejęła jedna z jego ciotek. Także rozbiło się to właściwie na dwa domy i tak nam zszedł cały dzień.
Ale czywiście głównym punktem wycieczki było poznanie Rufusa – pieska aka naszego siostrzeńca, którego kupili brat i bratowa Zacka kilka miesięcy wcześniej. No czyż on nie jest piękny? Ma też instagrama jak coś 😍

Rufus 💗
Jadąc na Boże Narodzenie przygotowaliśmy się już trochę lepiej i tym razem byliśmy wyposażeni w apkę, która bardzo szybko dostosowuje się do ruchu na drodze i pozwala ominąć większe korki. Dzięki temu miałam wątpliwą przyjemność prowadzenia samochodu w centrum Waszyngtonu, gdzie tramwaje i samochody poruszają się po tym samym pasie (i zauważyłam, że w Filadelfii jest tak samo). No stresuje mnie to, że za mną jedzie tramwaj.

Ale daliśmy radę i szczęśliwie dotarliśmy do naszego airbnb w Filadelfii.  Tym razem airbnb bo okazało się, że nasze ziomki (para chińsko-belgijska, która mieszka aktualnie w NC 😉 ) kupili tam dom, który był ruiną, wyremontowali i teraz wynajmują. Bardzo fajny, polecam, gdyby ktoś wybierał się do Philly (wystarczy wpisać „house of sunshine philadelphia” w wyszukiwarkę).

Tym razem zabraliśmy też Teslę, był zachwycony konceptem schodów 😂 Niestety nasze mieszkanie jest jednopoziomowe, więc szans na aktywność fizyczną ma mniej, a próbujemy go odchudzić bo 7 kilo to trochę dużo jak na kota...
 


Ta bateria łazienkowa była aż trochę zbyt fancy dla nas ;)
Mieliśmy się też wybrać do Princeton (tak, tego od uczelni) bo jest po drodze do dziadków, ale jak zwykle nie wyszło, może następnym razem. W tym roku za to pojechaliśmy do Peddler's Village, gdzie jest mnóstwo małych sklepików, które wyglądają jak wioska hobbitów. 
 
Lokalny pub

Nawet by mnie nie zdziwiło, gdyby ten asortyment był dostępny cały rok.


💜
Dla mniej ogarniętych turystów...
Sporo było też sklepików z pierdołami do domu, takich bardziej eleganckich. Pomysły na prezenty ślubne też były, dla par w dowolnym układzie 😍



Pozostając w klimatach świątecznych mieliśmy też w pracy Secret Santa (przechrzczone na Secret Scientist na nasze potrzeby 😜 ) czyli coś jak szkolne mikołajki – losuje się osobę, której kupuje się prezent w wyznaczonej kwocie. Trochę mnie rozbawił prezent, który ja dostałam (moim Secret Santa był facet) bo dostałam szampana i kule do kąpieli (jakaś sugestia? Lol ). Najbardziej chyba podobał mi się prezent, który dostał kolega, który przyjechał z Anglii i niedawno zaczął u nas pracować. A dostał… kosz, z najbardziej amerykańskimi produktami spożywczymi, które nie są zazwyczaj dostępne poza Stanami (zawartość cukru i soli może mieć na to jakiś wpływ 😜 ).


A na Facebooku mogliście zobaczyć naszą tegoroczną kartkę. Tradycja wysyłania kartek świątecznych jest wciąż kultywowana, szczególnie popularne jest robienie sobie rodzinnej fotki, drukowania jej w 50 egzemplarzach i rozsyłanie po rodzinie i znajomych. My udaliśmy się na event gdzie można było zabrać czworonożnego przyjaciela, posadzić go na kolanach Mikołaja i zrobić sobie taką rodzinną focie. Udało nam się w zeszłym roku, ale w tym nie przewidzieliśmy, że mieszkamy w większym mieście i będzie gigantyczna kolejka. Tesla się trochę zestresował i musieliśmy go zabrać do domu i zrobić fotki telefonem, siedząc kanapie w salonie…. No nic, może w następnym roku pójdzie lepiej! 😌


Read More
Obsługiwane przez usługę Blogger.

© Copyright usasrusa