Edukacja w USA



Jak wspomniałam we wcześniejszym wpisie, temat amerykańskiego szkolnictwa to materiał na kolejny post, więc oto i on
😉


Tutejsze dzieciaki mają, podobnie jak w Polsce, przedszkole, zerówkę, podstawówkę, gimnazjum, liceum a potem można iść na studia (też w systemie licencjat i magisterka). I jak na mój gust to na tym podobieństwa się kończą. 

Chciałabym teraz przybliżyć wam trochę taki typowy, publiczny system szkolnictwa a nauczanie domowe (czyli przez rodziców) czy szkoły prywatne bądź online zostaną zaszczycone swoim własnym postem 😀 

Zacznijmy od tego, że w Polsce na zajęciach z angielskiego uczono mnie, iż kindergarten oznacza przedszkole, a tutaj niespodzianka bo to zerówka, na przedszkole mówi się preschool (z kolei przedszkole to day care 😉). Od zerówki zaczyna się podawać też klasy w szkole.  

Przez długi czas nie wiedziałam co oznacza K-12 (oznaczenie, które często widywałam np. na miejskich autobusach). K to właśnie zerówka, potem dwanaście klas. U nas mówi się pierwsza klasa gimnazjum a tu wszystko leci jednym ciągiem. Zazwyczaj podstawówka (elementary school) to 1-5, potem gimbaza (zwana middle school albo junior high) to 6-8 i liceum to 9-12 (high school). Ale to nie jest odgórnie ustalone i szkoły mogą sobie zmieniać ten rozkład, podobnie jak z programem nauczania (curriculum) – szkoły mogą program nauczania ustalać same, poszczególne stany też mogą mieć różne wymagania.

Typowy amerykański autobus szkolny
Uczniowie mają zapewnione podręczniki i dojazd do szkoły, czyli te żółte autobusy, których nikt nie lubi (i dzieci i dorośli). Jako kierowca najgorzej jest spotkać taki autobus z rana gdy się jedzie do pracy bo jeśli dzieci wsiadają/wysiadają to trzeba się zatrzymać i stać aż autobus ruszy. To nic, że autobus stoi po drugiej stronie ulicy. A jeśli dzieci się guzdrają i autobus stoi 10 minut? No trudno, wszyscy stoją (po obu stronach jezdni). Autobus ma swój własny znak stopu, który wyciąga w razie potrzeby, więc właściwie jego kierowca może sam kierować ruchem. Gdy zapisałam się na egzamin na prawo jazdy i powiedziałam mojemu instruktorowi, że egzamin będę mieć w sobotę to jego pierwszą reakcją było „no przynajmniej nie trafisz na ten cholerny autobus szkolny, już niejedna osoba nie zdała bo nie zauważyła, że kierowca nagle wyciągnął znak stopu”.

Lunch nie jest za darmo 😉 Screen ze strony jednego z gimnazjów z okolicy.

Jeśli zastanawiacie się czy w szkołach są takie szafki jak na filmach to tak, są. Szkolne musicale też, zazwyczaj w liceum. I szkolne drużyny futbolu amerykańskiego z cheerleaderkami 😀 W ogóle gimnazja czy licea bardzo się starają, żeby uczniowie czuli school spirit i większość szkół ma też swoją maskotkę. 

Czasem muszę się powstrzymywać, żeby się nie roześmiać gdy dzwonię do jakiejś gimbazy a pani poważnym głosem mówi coś w stylu „Tutaj South West Middle School, Home of the Eagles, pani Wiesia przy telefonie”😂 

Jak można było zauważyć powyżej do liceum zazwyczaj chodzi się cztery lata. Każdy rocznik ma też swoją nazwę: freshman (1 klasa LO), sophomore (2 klasa), junior (3 klasa) i senior (4 klasa). 

Ten bal typu studniówka, co zazwyczaj pokazują w filmach, to senior prom, ale młodsze klasy też mają swoje bale. W różnych porach roku te imprezy mogą mieć różne nazwy np. freshman formal, homecoming dance (początek roku), winter formal (środek roku) czy junior albo senior prom (na koniec roku).

Jak należy ubrać się do szkoły 😉 Screen ze strony jednego z gimnazjów z okolicy.
 

Amerykanie kochają wymyślać nazwy na wszystko co się ta i robić rankingi. I tak, ten uczeń, którego się zazwyczaj widuje w amerykańskich filmach jak przemawia na zakończeniu roku to osoba, która ma najwyższą średnią to i nazywa się ją valedictorian. Przemówienie ma też Class President (chyba nie ma polskiego odpowiednika? Chodzi o osobę, reprezentującą cały rocznik, a nie jedną klasę). Z kolei osoba z drugą najwyższą średnią to salutatorian i ona zamyka ceremonię rozdania świadectw. 

Średnia ocen (zwana GPA) to też zaskakująca sprawa bo oceny to litery (A,B,C i D, potem F od failure, kiedyś myślałam, że jest też E, ale nie ma 😂 ) ale średnią podaje się liczbowo, najwyższa jaką można osiągnąć to 4.00 (na studiach też). 

W ogóle studia przypominają tutaj high school – samemu wybiera się przedmioty (jakiś zarys oczywiście jest, w zależności od kierunku), licencjat też trwa cztery lata i poszczególne lata nazywają się tak samo (czyli freshman year, potem sophomore, junior i senior).  

Licencjat można też skończyć wcześniej, zależy jak szybko zdobędzie się niezbędną do uzyskania dyplomu liczbę punktów. Czasem te amerykańskie ECTSy (zwane tu credits) można już trochę nastukać sobie w liceum i od razu zacząć studia z kilkoma punktami do przodu.

Pojedyncze ławki podobają mi się bardziej niż polskie podwójne. O razu problem "z kim siedzieć" jest rozwiązany 😄

Na licencjacie większość osób też poprzestaje – na magisterkę (grad school) nie idzie zbyt wiele osób bo wiadomo, kolejne studia to kolejne wydatki a do większości zawodów magisterki nikt nie wymaga. Mam wrażenie, że o opłatach za studia w USA krążą już legendy 😉 

I tak za rok na publicznej uczelni na licencjacie płaci się średnio 9 tys. dolarów (za same zajęcia i to w tym stanie, w którym się mieszka) ale może to też wynieść 25 tys. dolarów gdy jedzie się do innego stanu na studia lub ponad 33tys. dolarów na uczelni prywatnej. Do tego doliczyć trzeba akademik czy jedzenie. Więc to raczej normalne, że kończąc studia ma się te parędziesiąt tysięcy długu. 

Co mnie szokuje to to, że zdarza się, iż uczelnie wymuszają te dodatkowe wydatki na studentach poprzez wewnętrzne regulacje typu „na pierwszym roku trzeba mieszkać w akademiku”, „na pierwszym roku trzeba wykupić śniadania/obiady/kolacje na uczelnianej stołówce”. I nie ma przeproś, nie chcesz to do widzenia. Z jednej strony myślę, że integruje to studentów pierwszego roku a z drugiej to przecież dorośli ludzie…
 


Ale jak chce się kończyć np. medycynę to już w ogóle trzeba szykować worek z pieniędzmi. Gdy byłam na Erasmusie poznałam Scotta, Amerykanina, który powiedział mi, że studiuje socjologię bo potem chce iść na medycynę. Oczywiście w ogóle nie ogarniałam o co mu chodzi. Ale teraz już jestem bardziej zorientowana w temacie 😉 Otóż nie można pójść na medycynę zaraz po liceum, trzeba najpierw machnąć z czegoś licencjat i wtedy można aplikować do med school. Licencjat może być z byle czego, ale oczywiście wyżej punktowane są kierunki powiązane, więc jeśli ktoś ma licencjat z biologii to ma większe szanse niż ten po socjo. Co nie znaczy, że ten po socjo nie może się dostać 😉 

Różnic jak widać jest sporo. Tutaj zebrałam głównie różnice systemowe, ale oczywiście mogłabym napisać cały elaborat o tym jak wyglądają relacje uczeń-nauczyciel-rodzice. Jeśli macie dodatkowe pytania to zapraszam do komentowania 😌
Read More

San Diego


Nasz schemat wakacyjny nie zmienia się już od lat – jeśli Zack ma konferencję w fajnym miejscu to jadę też i ja. W tym roku moje cztery dni urlopu wykorzystałam na San Diego. Co prawda byliśmy tam dwa lata temu, ale co tam, ja do Kalifornii zawsze chętnie.

Niestety trafiliśmy na coś co miejscowi zwą June Gloom czyli depresyjną pogodę, która często pojawia się w San Diego w czerwcu. Zabrałam więc letnie ubrania ( a nawet zaszalałam i wzięłam strój kąpielowy) no bo przecież Kalifornia i w ogóle, a cały pobyt żałowałam że nie wzięłam porządnego swetra. Słońce zobaczyliśmy raz – w Uberze w drodze powrotnej na lotnisko.

Lokalny biznes

A propos lotniska. Taka ciekawostka, która się może komuś przydać. Zack kupił bilety dla nas obojga płacąc za nie razem swoją kartą. Potem okazało się, że on będzie leciał wcześniej bo ma inną konfę w Denver i nie opłaca mu się wracać. No dobra, poleciałam się sama. A pani na lotnisku mówi:
- Proszę pokazać mi kartę, którą było płacone za podróż
Ja: Nie mam bo nie ja płaciłam. Ale mam tu wszystkie dokumenty i potwierdzenia to sobie może Pani sprawdzić.
Pani: No to Pani nie poleci. Chyba, że teraz na miejscu Pani zapłaci za bilet. A za tamten poprzedni będzie zwrot zrobiony na kartę.

No i cóż było robić, wyskoczyłam z kasy i zapłaciłam. Jakby tego było mało Zack musiał zrobić to samo w drodze powrotnej. Pani poprosiła go o kartę a on na to „Ale ja już jej nie mam bo płaciłem za te bilety parę miesięcy temu i w międzyczasie bank mi przysłał nową”. I nie było zmiłuj, musiał płacić jeśli chciał polecieć. Także moi drodzy, najwidoczniej jakieś przepisy się zmieniły i teraz mają ciśnienie na sprawdzanie tych kart płatniczych. Więc na podróż po Stanach zawsze warto mieć przy sobie ekstra gotówkę lub zapas na karcie w razie gdyby pani powiedziała „albo pani płaci albo nie leci” 😒.

Ale wracając do San Diego to jakoś tam dotarłam (z przesiadką w Los Angeles). Tym razem mieszkaliśmy w kompletnie innej części San Diego niż ostatnio, bardzo blisko oceanu i przejście na plażę zajmowało może 5 minut 😍 Nasz hotel (hotel konferencyjny) teoretycznie nazywał się resortem, ale jak dla mnie trochę to mocno podkręcony marketing. Niemniej jednak mieliśmy fajne rybki w lobby i codziennie na kilka godzin przyprowadzane były papugi. Nie wiem czy były wiązane na sznurku czy jak, no ale nie odlatywały 😉






Dwa lata temu zaliczyliśmy sporo turystycznych atrakcji (USS Midway, Old Town, Coronado Island, Gaslamp Quarter, Balboa Park), więc tym razem bez ciśnienia spacerowaliśmy sobie po plaży i chodziliśmy po lokalnych knajpach. Właściwie codziennie był też jakiś event na konferencji, więc przynajmniej te sukienki, które wzięłam się przydały 😉.

Trochę kusiło mnie, żeby pójść do Sea World ale z racji tego, że uważam, że trzymanie zwierząt w ciasnych akwariach czy basenach jest nieetyczne to ten punkt programu odpadł. Ale niech was nie zwiedzie nazwa, to jest typowy amerykański park rozrywki czyli oprócz tematu przewodniego czyli delfinów, krabów i ośmiornic, są też karuzele, zjeżdżalnie czy rollercostery (wciąż nie mogę pojąć ich fenomenu). Dla zainteresowanych - koszt jednodniowego biletu to 227zł/os. (licząc dzisiejszym kursem dolara), dzieci do lat 3 za darmo.

Muszę przyznać, że  architektura w San Diego, szczególnie ta bezpośrednio przy plaży, trochę mnie zaskoczyła. Co tu dużo mówić, jest trochę kiczowato. Miejscowa zasada jest taka, że im więcej szkła tym lepiej, ale niestety wcale nie wygląda to dobrze. W Iowa mieszkaliśmy w małej miejscowości z klimatem miejskich przedmieść, gdzie mieliśmy szeregi tak samo wyglądających domków. Teraz w Północnej Karolinie mieszkamy w mieście postindustrialnym gdzie stare fabryki zmienia się na nowoczesne biura i wiele miejsc jest bardzo zadbanych, wliczając w to tereny zielone. W porównaniu z nimi San Diego przypomina trochę…. Polskę 😉 Czyli jeśli kogoś poniosła fantazja to postawił sobie jakąś szklaną szkaradę albo zrobił dziwną dobudówkę, pomalował dom na kolor, który nijak pasuje do pozostałych itp. Ogólnie nie ma tam zbyt dużej spójności (oprócz zamiłowania do szklanych barierek na balkonach 😉 ) i trochę mnie to razi. Ale z drugiej strony też fascynuje, zrobiłam więc masę zdjęć 😁


Ciekawe czy mieszkańcy mówią, że mieszkają na Manhattanie 😋

Te strzały 😄

Miks szklanych balkonów ze stylem hiszpańskim u sąsiada

O, to już bardziej moje klimaty
Nie wszystko jest "na bogato"

A tu mamy Bawarię 😂
Można oczywiście zatrzymać się też w typowym amerykańskim motelu. Mój ulubieniec:
Hitem były dla mnie też domki na molo. Osobiście miałabym obawy tam mieszkać, już nie wspominając o zostawieniu samochodu przed domkiem, ale jak widać jest dużo chętnych.Z wodą jednak nie ma żartów i co paręnaście metrów można zobaczyć takie znaki:

Tsunami Evacuation Route
I wspomniane domki:



 A z molo widok był fajny, szczególnie na surferów, którzy w San Diego mają super warunki.


 

No i na koniec zaprezentuje wam naszego ulubieńca - "Surfer Jesus", wymiatał lepiej niż cała młodzież razem wzięta:
Surfer Jesus 😍




A tak prezentował się w akcji:


video







Read More

Lemury


Poprzedni weekend był u nas długim weekendem (wreszcie jakieś wolne bo oczywiście 1 i 3 maja zasuwałam do pracy). Zjechała do nas rodzina z Pennsylwani (dni wolnych jest tu mało, więc nikt za bardzo nas nie odwiedza bo nie ma kiedy), więc przygotowaliśmy długą listę atrakcji, w tym wizytę u lemurów.

Mamy bowiem u nas Lemur Center, które jest największą populacją lemurów poza Madagaskarem. A przynajmniej tak nam powiedziano, wierzę na słowo. Zazwyczaj trzeba zapisać się w kolejkę i na bilet czeka się tygodniami, ale ze względu na długi weekend postanowili zrobić Open House, czyli takie swobodne zwiedzanie bez przewodnika.
Te regularne wejścia mogą być normalne, czyli idę i oglądam lemury, można też wybrać fantazyjną i mało przystępną cenowo opcję jak Maluj z lemurami (tak one malują obrazy, przykłady na zdjęciach poniżej) czy Zostań opiekunem lemura na jeden dzień (tak, zbierasz kupy lemurów i jeszcze musisz za to zapłacić, koszt to ok. 1300zł plus podatek). Można też lemura "adoptować", czyli wpłacić trochę kasy i Twoje imię będzie wisiało na jego klatce 😎


Nasz ośrodek jest częściowo naukowy, badają jak się u tych lemurów rozwija Alzheimer, więc robią im skany mózgów co jakiś czas i przeprowadzają też inne badania, zależy co się akurat napatoczy.

Naszym największym zaskoczeniem było to jakie one potrafią być głośne. Do posłuchania tutaj:


A tak się zwierzaki prezentują:

Obrazy lemurów
Obrazy lemurów, te duże po 100 dolarów 😉


Read More

Przeprowadzka



Właśnie stuknął nam miesiąc od naszej ostatniej przeprowadzki (na szczęście tym razem w obrębie tego samego miasta 😋). Poszliśmy za ciosem i uznaliśmy, że zmienimy mieszkanie, tak, żebym miała blisko do pracy. Poza tym mamy jeden samochód, więc gdy wcześniej ja dojeżdżałam do pracy, Zackowi pozostawał jedynie rower jako środek transportu, albo był na mojej łasce, żeby go podrzuciła lub odebrała z pracy 😄 Także teraz się zamieniliśmy i on ma samochód a ja do pracy chodzę na piechotę, co zajmuje mi jakieś 7-8 minut.


Powodów do przeprowadzki było też więcej – wcześniej mieszkaliśmy blisko centrum, wiec tak jak wszędzie na świecie, w centrum jest drożej. Mieszkaliśmy więc w starym budynku, mieszkanie było mniejsze niż nasze obecne, nie mieliśmy balkonu (a teraz mamy 😍), no i o udogodnieniach typu pralka mogliśmy pomarzyć (tzn. była pralnia, ale trzeba było wyjść na zewnątrz i przejść na drugą stronę budynku targając ze sobą proszek/płyn do prania i stertę brudnych gaci 😋). A teraz za podobną cenę mamy ładne, nowe mieszkanie w 3 letnim budynku, a nie 50 letnim 😃
Zazwyczaj wracając z pracy spotykam rodzinę kaczek (nie tych konkretnych, ale podobnych 😉)
Ale z przeprowadzką wiązały się tez niemałe koszty. Poprzednie mieszkanie wynajęliśmy bezpośrednio od właścicielki i do tego było już umeblowane (właściwie przywieźliśmy tylko swoje łóżko, reszta, wliczając dwa telewizory czy garnki i sztućce, była już na miejscu, co wtedy nam bardzo pasowało bo przeprowadzając się z Iowa nie wzięliśmy dużo rzeczy). Jest to dość niespotykana sytuacja bo zazwyczaj po przeprowadzce zastaje się gołe ściany i umeblować całość trzeba samemu. Wynajmem od właścicieli też nie jest bardzo popularny – częściej zdarza się, że budowany jest cały kompleks mieszkaniowy pod wynajem i inwestor tym zarządza lub wynajmuje firmę do zarządzania. Tak wynajmujemy nasze obecne mieszkanie i tak wynajmowaliśmy w Iowa.

Pierwszą inwestycją były więc meble oraz rzeczy typu sztućce i talerze. Mieliśmy trochę wrażenie, że właśnie wzięliśmy ślub bo niczym nowożeńcy pierwszy raz razem kupowaliśmy zastawę, kanapę i stolik kawowy  Na szczęście wtedy studenci zaczynali też myśleć o wyprowadzce (sporo osób jest już po wszystkich egzaminach na początku maja) i wyprzedawali swoje meble. Tym sposobem bardzo okazyjnie kupiłam śliczne krzesła 😍
 
Kolejne opłaty to application fee oraz administration fee, razem 250 dolarów. My wprowadziliśmy się z kotem, więc dochodzi jeszcze 300 dolarów pet fee. I dodatkowo jest jeszcze doliczane 20 dolarów miesięcznie. Za kolejnego kota albo psa trzeba dopłacić, jest też limit dwóch zwierzaków na mieszkanie. To są akurat standardowe regulacje, większość miejsc ma też listę ras, których zabraniają, typu pitbule, amstafy itp.

Cena czynszu zależy oczywiście od lokalizacji. Bo takie 1B1B czyli „one bedroom, one bath apartament” (salon jest jakby oczywistością i podaje się tylko liczbę sypialni; kawalerka to „studio apartament”) może nas wynieść od 800 do 1500 dolarów (w naszej okolicy, na przykład w Nowym Jorku można zapomnieć o takich cenach). Nam wychodzi około tysiaka już z opłatami. Łatwiej jest więc coś wynająć niż w Polsce bo dwóch pokojów za 1000zł w takim standardzie mam wrażenie, że trudno będzie w Polsce znaleźć.

A co mamy w cenie czynszu? Poza oczywistą oczywistością czyli mieszkaniem mamy też do dyspozycji basen, co akurat jest standardem na południu Stanów bo wpadamy tu już w klimat podzwrotnikowy. Nowsze baseny, takie jak nasz, mają za to soloną wodę, czyli nie śmierdzi się potem chlorem. Jest też myjnia samochodowa (tzn. myje się samochód samemu, ale jest wydzielone miejsce z wężem itd.). Trochę szkoda, że nie ma „pet spa” czyli miejsca gdzie można wykąpać swojego psa/kota i dzięki temu nie trzeba myć go we własnej wannie. Nasi znajomi mają taką opcję u siebie w kompleksie i trochę im zazdroszczę bo muszę prać naszego sierściucha regularnie i potem zbierać kłaki po całej łazience 😑.

Mamy za to valet trash. Nie martwcie się, też nie wiedzieliśmy co to i musieliśmy wygooglać 😂 Chodzi o to, że wystawiacie wieczorem na klatkę schodową kubeł ze śmieciami i specjalna firma robi rundę po całym kompleksie, zbiera te worki i wynosi je na śmietnik. Trochę brzmi jak burżuazja, ale w sumie to bardzo praktyczne bo kompleks jest duży a śmietnik jest tylko w jednym miejscu. My akurat mamy do niego bardzo blisko, więc jak się zagapimy i nie wystawimy śmieci wieczorem bo sami możemy wziąć worek i wyrzucić. Ale już parę razy widziałam gdy ludzie, którzy mieszkają na drugim końcu naszego osiedla pakują te śmieci w samochód i przywożą do śmietnika bo po prostu mają za daleko, żeby taszczyć ten worek.

Kolejnym standardem w nowszych mieszkaniach jest siłownia. Zazwyczaj siłki są niezbyt okazałe, więc Zack wykupił sobie karnet w takiej regularnej siłowni i ja też zastanawiam się czy tego nie zrobić. Aczkolwiek nasza siłownia jest całkiem spoko do zrobienia podstawowego cardio.


Ale moim największym hitem i tak  jest…. pralka i suszarka. Po ponad 4 latach mieszkania w Stanach pierwszy raz mam mieszkanie z pralką 😍 Wreszcie nie muszę pilnować czy mam wystarczającą ilość 25-centówek (często jedyna waluta akceptowana przez amerykańskie pralki 😒) i nie muszę robić trzech wycieczek do pralni, żeby zrobić jedno pranie (jedna to nastawienie prania, druga to przełożenie do suszarki i trzecia to przyniesie prania).
Plusem mieszkania w kompleksie mieszkaniowym jest to, że gdy coś się zepsuje to na miejscu jest ktoś a la pan konserwator w szkole. Czyli przyjdzie i naprawi, i to jest w cenie czynszu. Gdy w Iowa zepsuła nam się lodówka to po prostu to zgłosiliśmy i na drugi dzień mieliśmy zainstalowaną nową. W różnych miejscach są różne regulacje, np. w naszym obecnym mieszkaniu pan konserwator przyjdzie i wymieni przepaloną żarówkę a Iowa wymienialiśmy sami. Często takie rzeczy zgłasza się przez specjalny formularz online, pan konserwator ma klucz i przychodzi nawet gdy nie ma nas w domu.

Nasza pralka i suszarka (zazwyczaj amerykańskie pralki są ładowane od góry)
A tu jeszcze parę naszych mieszkaniowych ciekawostek.

Zazwyczaj prysznice nie mają słuchawki, takiej którą można wziąć do ręki, jest jedynie taka jak na zdjęciu (zestaw ze słuchawką można kupić, koszt ok 30 dolarów, jednak nie zawsze da się zainstalować, próbowaliśmy już z tym ancymonem na zdjęciu, ale na razie bez powodzenia, zaparł się i nie chce się odinstalować).


Jeśli planujecie wybrać się do USA to pamiętajcie, że kontakty i napięcie są inne (np. suszarka może działać na pół gwizdka). Wtyczki mają też cieńsze bolce i łatwo je wykrzywić, dlatego wolę polskie wtyczki 😊

No i to jest kolejny hit. Można sobie zainstalować telewizor w łazience, bo w sumie czemu nie? 😂


Nietypowe jest też umiejscowienie skrzynki z bezpiecznikami. Taką mamy właśnie ozdobę sypialni:

Nie mam zdjęcia na dowód, ale posiadamy też młynek w zlewie. Tak, taki jaki jak z filmów 😃

No i co, czuje się ktoś zachęcony, żeby przyjechać i zostać naszym sąsiadem? 😉




Read More

Nowy rok, nowa praca




Jak już niektórzy z was wiedzą, niedawno zaczęłam nową pracę (chociaż niedawno w tym przypadku oznacza dwa miesiące 😉 ). Swoją drogą w tym tygodniu minęły 3 lata odkąd na stałe przyjechałam do USA i to już będzie moja 5 praca w ciągu tego czasu...

A co dokładnie robię? Jako, że z wykształcenia jestem administratywistką (tak, tak się nazywa osoba po administracji) to szukałam czegoś w zawodzie i wyobraźcie sobie, że znalazłam 😄 Pracuję więc w… publicznej wirtualnej szkole, gdzie zajmuje się gimbazą (a dokładnie dokumentacją gimbazy) i różnymi innymi około-administracyjnymi sprawami. Jest to dla mnie o tyle ciekawe, że moje doświadczenia z amerykańskim systemem edukacji są raczej marne i zaliczyć do nich mogę jedynie parę zajęć na uczelni, więc to zupełnie inna bajka. Co to jest wirtualna szkoła to temat na kolejną notkę, także na razie nie będę się rozpisywać.


Muszę przyznać, że proces rekrutacyjny poszedł naprawdę szybko. Pod koniec grudnia mój kontrakt na uczelni zbliżał się do końca (przez pół roku pracowałam przy jednym projekcie badawczym, taka trochę socjologiczna robota, czyli też w zawodzie haha, no i jaram się, że na uczelni, która jest na 18 miejscu w światowym rankingu, oh, yeah 😎 ). Wtedy zaczęłam się wtedy rozglądać za czymś na stałe bo nie chciałam być „job hopper” (jest jakiś polski odpowiednik?) i żyć od kontraktu do kontraktu.


Także gdzieś w pierwszym tygodniu stycznia wypełniłam aplikację na stronie mojego aktualnego pracodawcy, po kilku dniach dostałam telefon z zapytaniem kiedy mogę pojawić się na rozmowie kwalifikacyjnej i w piątek 13go już rozmawiałam sobie z moim aktualnym szefem. Data jak widać nie okazała się pechowa i po kilku dniach zostałam poproszona o przesłanie referencji (są właściwie obowiązkowe do każdej pracy). I zdaje się, że dwa dni później dostałam telefon już z propozycją pracy. Później na maila przyszły mi dokumenty do podpisania elektronicznie, zrobiono background check (czyli sprawdzono w kartotekach sądowych czy nie mam na sumieniu przestępstw lub wykroczeń) i 1 lutego mogłam zaczynać pracę


A przynajmniej w praktyce bo formalności jeszcze się nie skończyły. Jako, że to szkoła publiczna to musieli mnie trochę bardziej prześwietlić, więc pobrano mi odciski palców i wysłano… no nie wiem gdzie, pewnie do FBI (bo tam wysłali moje odciski, które ostatnio zostawiałam do zielonej karty).


A potem musiałam jeszcze zdobyć zaświadczenie od mojego lekarza rodzinnego, że jestem zdolna do pracy - coś w stylu zaświadczenia, które trzeba było wziąć od lekarza przed rozpoczęciem studiów. Tyle, że wtedy, w Polsce, poszłam, powiedziałam, że potrzebne na studia, lekarka zapytała czy dobrze się czuje, podpisała i gotowe. Liczyłam na to, że i tutaj będzie podobnie, szczególnie, że moja lekarka też przyjechała tutaj z Iowa i nawet przyjeżdżała do naszej miejscowości na mecze, więc jesteśmy ziomkami 😆  No, ale się z tym mocno przeliczyłam.

Zacznijmy od tego, że moja przychodnia nie ogarniała tematu, więc bujałam się z tym papierem ponad dwa tygodnie, aż wreszcie wymyślili, że muszę umówić się na wizytę (chociaż wcześniej twierdzili, że nie). Na wizytę trzeba poczekać. I trzeba wziąć wolne w pracy. Już zaczęłam przebierać nogami bo zbliżał się koniec mojego pierwszego miesiąca w pracy, którą dostałam pod warunkiem, że doniosę ten papier, szef już o to dopytuje, a ja ciągle tego zaświadczenia nie mam.  Ale w końcu nadszedł dzień wizyty i…. spędziłam pół dnia w przychodni.



Tak z połowę badań oganiała pielęgniarka, która sprawdziła cienienie krwi, temperaturę, było też badanie wzroku (czytanie literek z tablicy), badanie słuchu (wsadziła mi coś do uszu i musiałam podnosić rękę jak usłyszę dźwięk). Potem lekarka mnie osłuchała, stwierdziła, że mam zaległe szczepienie na tężec, krztusiec i błonicę (tak, tak, co 10 lat trzeba robić), więc znowu do pielęgniarki na szczepienie, potem ubrali mnie w szpitalną podomkę (czasem na filmach pokazują, taka co wkłada się ją na przód a z tyłu gołe plecy, a czasem i tyłek), wysłali na prześwietlenie płuc (mogłam zamiast tego wziąć próbę tuberkulinową, ale nie chciałam), później znów do lekarki, która stwierdziła, że nie mam gruźlicy, po czym mogłam wziąć podpisany kwit, wrócić do pracy i dać go szefowi. Ach, no i oczywiście, pomimo ubezpieczenia, za taką wizytę się płaci, u mojego ubezpieczyciela na szczęście tylko 25 dolarów (o ile nie przyjdą mi pocztą jakieś dodatkowe rachunki...).

Także siedzę sobie w moim biurze już drugi miesiąc i nawet mi się podoba 😀 Szef jest luzacki, często chodzi w kaszkietówce (swoją drogą kaszkietówka to typowo lubelskie słowo, nie wiem czy wszyscy znają, jeśli nie znają to można wygooglać 😋 ) i bezrękawniku w serek, więc zawsze mam wrażenie, że zaraz idzie na golfa 😂 A z racji tego, że szkoła wirtualna to i nauczyciele siedzą w domu i do biura przychodzą może raz z tygodniu, więc zazwyczaj jest dość spokojnie.



Z kolei co dwa tygodnie jest wypłata. Niestety, do tej pory każda z moich prac w Stanach miała stawkę godzinową, a nie pensję, ale da się z tym żyć 😉 Na razie przysługuje mi (a nie jest to oczywistością w każdej firmie) ubezpieczenie zdrowotne i składki emerytalne (w sensie, że pracodawca się dokłada, ale muszę najpierw wypracować 1000 godzin), zniżka na abonament na komórkę (ale akurat nie do tej sieci w której ja mam telefon....) oraz 4 DNI URLOPU ROCZNIE. Szał, nie? W USA nie ma kodeksu pracy, więc to nikogo nie dziwi, że każdy pracodawca ustala sobie według własnego widzimisię. Ale, ale, są też 4 dni chorobowe oraz, z racji tego, że to szkoła, mamy wolne od Świąt Bożego Narodzenia do pierwszego stycznia. Także no, trzeba szukać pozytywów 😄
Read More
Obsługiwane przez usługę Blogger.

© Copyright usasrusa