Podróż przez USA - część I


Skoro post o pierwszych wrażeniach z Kalifornii już mamy, to napiszę wam jeszcze jak wyglądała nasza podróż przez Stany 😊 Dla przypomnienia była to trasa Durham (Karolina Północna) – Bakersfield (Kalifornia) którą pokonywaliśmy we trójkę (ja, Zack i nasz kot, Tesla).

Jechaliśmy głównie autostradą I-40, która przecina całe Stany: zaczyna się nad Oceanem Atlantyckim w Północnej Karolinie a kończy w miejscowości Barstow w Kalifornii, jakieś dwie godziny przed celem naszej podróży (tak się złożyło, że obydwa miasta są na podobnej szerokości geograficznej, do tego w Durham mieliśmy I-40 właściwie pod nosem bo widać ją było z naszego balkonu 😄). Jest to ok. 4 tysięcy kilometrów, my jeszcze trochę dołożyliśmy, spędzając kilka dni w Arizonie (kaniony są w północnej Arizonie, więc nie były nam bardzo po drodze). Jak już wspominałam, przejazd z jednego wybrzeża na drugie kilometrowo wychodzi mniej więcej jak jazda z Estonii do Portugalii.

Wyjazd zaplanowaliśmy na sobotę, a obydwoje jeszcze w piątek pracowaliśmy, także piątkowy wieczór i sobotni poranek minął sprzątaniu mieszkania. I chyba dobrze mi poszło bo dostaliśmy zwrot całej kaucji 😅 

W taki kontener zapakowaliśmy resztę dobytku. Jak widać kontener zajmował mniej więcej jedno miejsce parkingowe. Do tej pory nie wiem jak my się tam zmieściliśmy.



W sobotę przed południem oddaliśmy klucze i wyruszyliśmy w kierunku Tennessee. Po drodze mijaliśmy Asheville, gdzie mieliśmy nadzieję zobaczyć Biltmore Estate, czyli największy dom w USA. Niestety okazało się, że nie bardzo można zrobić sobie wycieczkę w stylu objechania budynku, a nie mogliśmy zostawić kota w samochodzie. Sam budynek nie stoi przy ulicy, jest dość daleko na posesji a w międzyczasie nasadzili sporo drzew, więc bez kupienia biletu nie zobaczy się absolutnie nic... Machęliśmy więc na to ręką i pod koniec dnia doturlaliśmy się do Knoxville, już w stanie Tennessee.

Tam mieliśmy nocleg w fajnym airbnb w centrum miasta. Trochę obawialiśmy się parkowania na ulicy, ale okolica okazała się być dość bezpieczna. W Knoxville zaskoczyła nas za to liczba bezdomnych. Wiedzieliśmym, że jest ich dużo w Kalifornii, ale nie mysleliśmy, że w Tennessee też ich będzie sporo. Nie wiem, może w tym stanie mają jakieś regulacje, dzięki którym żyje im się tam łatwiej (tak jest w Kalifornii).

Porównując do Europy trasa, jaką zrobiliśmy tego dnia to mniej więcej przejazd przez Estonię, Łotwę i większą cześć Litwy.


Nasze airbnb w Knoxville 😂



Tennessee to długi stan, więc niedziela zeszła nam na przejechaniu odcinka Knoxville-Memphis, zahaczając o Nashville, które jest w centrum stanu i jest też jego stolicą. Tym razem nocowaliśmy w hotelu, który okazał się być w dość podejrzanej dzielnicy (mur na około i brama zamykana na noc…). Do tego pogryzły nas komary gdy czekaliśmy w lobby aż znajdą naszą rezerwację...

Ale za to tego dnia odkryliśmy restaurację (chociaż powinnam powiedzieć fast food) o nazwie Sonic, który bardzo polubliśmy (Zack poleca ich shake’i, ja polecam zieloną herbatę, a jak ktoś głodny to kanapka z kurczakiem też jest ok.). 
Tak się prezentuje Sonic



Sonic jest restauracją drive-in a nie drive-thru. Jak widzicie na powyższym obrazku, naokoło ich budynku są miejsca parkingowe i przy każdym jest duży ekran przez który zamawiamy jedzenie i tam płacimy za zamówienie (w ekranie jest czytnik kart). Kelner/kelnerka przynosi nam jedzenie do samochodu, czasem się zdarza, że kelnerki przyjeżdżają na rolkach ❤️


Pokonana tego dnia trasa równa się drodze z Suwałek do Wrocławia (czy już mówiłam, że Tenneesse to długi stan? 😓 )

Typowe Tennessee

Gdy jedziesz autostradą a tu nagle piramida 😂 Mieści się tu sklep ze sprzętem dla wędkarzy/na kempingi/do polowań. A piramida jest podobno 10 największą na świecie (została wybudowana w Memphis bo ono wzięło nazwę od egipskiego Memfis).



I tak nam minął weekend 😃 W poniedziałek czekała na nas kolejna ambitna trasa: przejechać całe Arkansas (swoją drogą wiedzieliście, że nazwę tego stanu wymawia się coś a la „Arkanso”?) i połowę Oklahomy (w porównieniu z Europą to jak Wrocław-Monachium). Zdawaliśmy sobie sprawę, że na tej trasie zobaczymy sporo kasyn (prowadzonych przez plemiona indiańskie), ale nie spodziewaliśmy się, że średnio co pięć minut będziemy będziemy widzieć bilbordy zachęcające do udania się do pobliskiego kasyna 😅

Nocowaliśmy w Oklahoma City, które jest  stolicą stanu. Trafiło nam się tam chyba najlepsze aibnb z całej wycieczki - ładne, w centrum, parę minut od Kapitolu (prawie każda stolica stanu ma swój Kapitol, czasem bardziej a czasem mniej okazały).

Fajny ten Kapitol, nie? Zdjęcie z wiki bo oczywiście robili remont i trudno było o dobrą fotkę 😐
(© Caleb Long, CC BY-SA 2.5, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4732470)










Centrum Oklahoma City. Jak myślę o tym mieście to sobie bardziej kowbojów wyobrażam, także miło mnie zaskoczyła panaroma wieżowców 😊 


Ot, i taka niespodzianka w Arkansas
Wtorek to kolejne dwa nowe stany: Teksas i Nowy Meksyk. Tego dnia plan zakładał przejechanie połowę Oklahomy, cały północny Teksas i 1/3 Nowego Meksyku z noclegiem w Santa Rosa.

Na tej trasie nie mieliśmy żadnych większych miast, ale od tego dnia nasza trasa zaczęła się pokrywać z historyczną Route 66


W Santa Rosa poszliśmy obejrzeć Blue Hole czyli głęboką na 24 metry, utworzoną przez naturę sadzawę, z piękną błękitną wodą. Jest to popularne miejsce do nurkowania, a w wakacje mnóstwo dzieciaków się tam kąpie i skacze nawet z dość wysokich skałek. Jak to się dzieje, że nie ma tam codziennie wypadków to ja nie wiem (aczkolwiek zdarzyło się, że np. nurek się zaklinował i utonął). 



Trasa pokonana tego dnia: jak z Monachium do Turynu, po drodze zwiedzając Szwajcarię 😃


A my wciąż na tej samej autostradzie 😄 Północny Teksas ma plusa za wiatraki, ale krajobraz niestety dość monotonny.

75 mil = 120 km






Żeby post nie wyszedł na mega długi, podzieliłam go na dwie części, więc relacja z podróży przez pozostałą część Nowego Meksyku, Arizonę i Kalifornię pojawi się niebawem 😊


Read More

Pierwszy miesiąc w Kalifornii




Nie wiem jak to się stało, ale minął nam już pierwszy miesiąc mieszkania w Kalifornii. Jeśli jesteście zainteresowani jak nam się tu żyje i co musieliśmy załatwić na początku pobytu to zapraszam na dzisiejszy post. 


Jak wiecie, przeprowadzka była z tych dużych i poważnych bo przez całe Stany i podróż zajęła nam ok. półtora tygodnia. Jechaliśmy samochodem a większość naszych rzeczy wysłaliśmy w kontenerze. Nasze kalifornijskie mieszkanie wynajęliśmy w kompleksie mieszkaniowym niedaleko pracy Zacka i nie widzieliśmy go wcześniej, oczywiście oprócz zdjęć w Internecie. Budynek jest z lat 80 więc szału nie ma, ale na nasze aktualne potrzeby jest ok. 

Co ciekawe, przed przeprowadzką wszyscy ostrzegali nas, że w Kalifornii jest drogo i wykosztujemy się na mieszkanie, ale tak naprawdę ceny za wynajem wcale nie są wyższe niż w Północnej Karolinie. Liczą sobie jednak więcej za prąd, co uderza po kieszeni bo przy temperaturach utrzymujących się między 30 a 40 stopni przez większą część roku, to klimatyzacja jednak chodzi cały dzień. Żeby nie zbankrutować ustawiliśmy temperaturę w domu na 28 stopni. 

Pojawił się jednak jeden problem - mieszkanie mieliśmy wynajęte od połowy lipca (inaczej się nie dało), a wprowadziliśmy się ostatniego dnia miesiąca. Mieszkanie stało więc puste przez dwa tygodnie. I za te dwa tygodnie dostaliśmy rachunek za prąd na 150 dolarów. Czemu tak dużo? Bo ekipa remontowa (przed naszą przeprowadzką mieszkanie zostało odmalowane i wymienione zostały wszystkie wykładziny) ustawiła klimę na 23 stopnie i do tego jeszcze uszczelka w lodówce się rozszczelniła, więc lodówka chodziła na maksa. Na szczęście nasz kompleks mieszkaniowy przyznał, że to ich wina i opłacił za nas ten rachunek 😊


Zmiana strefy czasowej - teraz jesteśmy 9 godzin do tyłu za Polską (czyli jak u was jest godz. 15 to u mnie 6 rano)


Tak jak w większości miejsc w Stanach, tutaj przy wynajmie trzeba samemu podpisać umowy na prąd, gaz i Internet. Wszystko wydawało się proste, ale jak zwykle coś musiało pójść nie tak. Na prąd i gaz podpisaliśmy umowę z firmą, która obsługuje nasz kompleks i nazywa się coś w stylu Kalifornia Prąd i Gaz. No to spoko, pomyśleliśmy, dwa w jednym, mamy to już z głowy. Ale gdy się wprowadziliśmy i okazało się, że nie mamy ciepłej wody dowiedzieliśmy się, że Kalifornia Prąd i Gaz dostarcza jedynie prąd na nasze osiedle a w sprawie gazu trzeba podpisać umowę z firmą Południo-kalifornijski Gaz. Pani z naszego kompleksu powiedziała, żeby się nie przejmować bo oni zazwyczaj przysyłają technika w ciągu jednego dnia. Ta, jasne, czekaliśmy prawie dwa tygodnie. No ale przynajmniej bardzo doceniliśmy ciepły prysznic po myciu się przez dwa tygodnie w lodowatej wodzie 😌


Drogie jest też paliwo, płacimy ok. 1/3 więcej niż wcześniej. Co jest ciekawe bo nasze hrabstwo (czyli odpowiednik polskiego powiatu) jest liderem w wydobyciu ropy (ponad 70% ropy wydobywanej w Kalifornii pochodzi od nas). A co się z tym wiąże standardowym widokiem są szyby naftowe. Tak, one sobie normalnie stoją w centrum miasta! To jedna z najbardziej szokujących rzeczy dla mnie bo do tej pory miałam w głowie obrazek gdzie u szejków w Zatoce Perskiej ciągną się takie naftowe pola z setkami szybów naftowych. A tu zonk to u nas stoją sobie takie pojedyncze szyby gdzieś czasem między budynkami w mieście lub zaraz na poboczu jednej z głównych ulic w mieście. Myślę, że krajobraz powoli będzie się zmieniał: Kalifornia jest pro-ekologicznym stanem i chce w kolejnych latach całkowicie przestawić się na odnawialne źródła energii, poza tym ropa kiedyś się skończy lub jej wydobycie nie będzie opłacalne.



Szyb naftowy na środku pola (economist.com)

Nasze szyby wygląją mniej więcej tak (wikipedia.org)







A propos tej ekologii to Kalifornia jest jednym z nielicznych stanów gdzie w sklepie za plastikowe reklamówki trzeba płacić. Tak, wiem, w Polsce to już od dawna, ale wierzcie mi, czasem zdarza się, że to  Ameryka jest do tyłu za nami 😅 Mieszkańców innych stanów to wciąż szokuje bo jak to nie ma darmowej reklamówki??!!

Tak jak na południu mieliśmy więcej osób czarnych, tutaj mamy więcej Latynosów – biali (czyli jak to tu mówią rasa kaukaska) to mniej niż połowa społeczeństwa. Nie ułatwia mi to niestety szukania pracy bo jest sporo stanowisk (także w urzędach i różnych placówkach publicznych) gdzie wymagane jest bycie dwujęzycznym. I dla wszystkich jasne jest, że chodzi o angielski i hiszpański. Kto by pomyślał, że gdybym w dzieciństwie oglądała więcej telenowel to może teraz miałabym większe szanse na rynku pracy 😉 

Jak to zazwyczaj przy przeprowadzkach bywa okazało się, że musimy dokupić parę rzeczy. I tak na przykład po czterech latach małżeństwa wreszcie dorobiliśmy się stołu i krzeseł do kuchni 😃 W naszych poprzednich mieszkaniach albo nie było na niego miejsca albo już był na wyposażeniu. A dzięki temu, że nasze obecne mieszkanie jest trochę większe niż poprzednie to urządziliśmy też sobie też mini-siłownię. Tu lato trwa większą część roku, więc nie ma to tamto, trzeba trzymać formę 😖

W kwestii pogody to tu prawie nie pada i ogólnie jest niska wilgotność powietrza, więc właściwie nie ma komarów. Są za to jadowite pająki, więc nie otwieramy balkonu 😡
To nie piasek, to wyschnięta trawa...



Z przeprowadzką do innego stanu wiąże się niestety wymiana dokumentów. Wyrobiliśmy już nowe prawa jazdy - musieliśmy podejść do egzaminu teoretycznego i oboje zdaliśmy za pierwszym razem! 😃 Trochę się stresowałam bo niektóre pytania nie były łatwe i trzeba było się orientować w przepisach (np. jakie są kary za poszczególne wykroczenia – czy mandat, jeśli tak to ile, czy więzienie, jeśli tak to ile itd.). 

Niestety pomimo dwukrotnej wizyty w DVM (odpowiednik WORDu) nie udało nam się zarejestrować samochodu (potrzebują dodatkowego świstka z Północnej Karoliny, który donieśliśmy, ale im się nie spodobał i musimy przynieść go jeszcze raz tylko chcą, żeby niektóre sformułowania były inaczej napisane… bez komentarza). 

Za to nasz samochód pomyślnie przeszedł smog inspection (mówiłam, że ekologiczny stan 😊 ). Zmieniliśmy też adresy w bankach, sklepach internetowych, w aptece (leki na receptę przychodzą mi pocztą bo tak jest taniej), u lekarza, w ubezpieczeniu itp.


Poza miastem mamy całe pola tych wiatraków



Nasze miasto i lokalizacja też są spoko. Pod względem liczby ludności jesteśmy więksi niż na przykład Pittsburg  (swoją drogą nawet Lublin jest większy od Pittsburga 😄) czy Nowy Orlean. Z kolei Los Angeles, San Francisco czy Las Vegas na tyle blisko, że możemy wybrać tam na weekendową wycieczkę samochodem, z czego na pewno skorzystamy w przyszłości ❤️


Jak na razie jest lepiej niż oczekiwaliśmy (chociaż ja ogólnie sobie za wiele nie wyobrażam, żeby się nie rozczarować 😅 ). A, no i mam palmy przed domem. Nie wiem kiedy mi spowszednieją, ale na razie wciąż się jaram 😊 

Read More

Przeprowadzamy się!






Jak już niektórzy z was wiedzą – przeprowadzamy się! Tak, ja wiem, hola, hola, przecież dopiero rok temu był post o przeprowadzce i wcześniej w listopadzie o tym jak przenosiliśmy się z Iowy do Północnej Karoliny. Cóż, tak właśnie wyglądają realia życia z amerykańskim naukowcem 😂 Zack dostał nową pracę i tym razem czeka nas przeprowadzka do …. Kalifornii! 

(Tak, nasz kod pocztowy będzie zaczynał się od 90, szkoda tylko, że dalej nie będzie 210 😅)

Jak wspominałam ostatnio, bardzo lubię Północną Karolinę (w końcu moje drugie imię to Karolina 😅 ), więc trochę ciężko się z nią rozstawać po dwóch latach mieszkania tutaj. Są jednak rzeczy za którymi tęsknić nie będę: wysoka wilgotność powietrza (bez sensu układać włosy, 10 minut na dworze i już siano na głowie) oraz różne żyjątka, do których nie pałam sympatią typu pająki, węże, szerszenie (są też jaszczurki, ale je akurat lubię), cóż, taki mamy klimat, większość roku ciepło to różne robactwo się mnoży na potęgę.

Wracając do przeprowadzki – wstępną trasę i grafik mamy już opracowane. Większość naszych rzeczy wysyłamy w kontenerze, natomiast my z kotem podróżujemy samochodem. To będzie prawdziwy 10-dniowy road trip przed całe Stany



Odległościowo to trochę ponad 4 tys. km. (mniej więcej tak jakby tłuc się samochodem z Estonii do Portugalii) 😂

Taki camper by nam się przydał, ale co poradzić do dyspozycji mamy tylko Nissana Versę 😆




Ze względu na podróż z kotem nie możemy robić zbyt wiele kilometrów dziennie (kot się na przykład nie wysika podczas podróży i będzie trzymał, więc nie chcemy, żeby wysiadł mu pęcherz... ). Na szczęście Tesla dobrze znosi podróż samochodem i lubi hotele, więc parę dni w trasie da rade 😊

Zwiedzanie też jest trochę utrudnione, na razie mamy w planach jedynie krótką wizytę w Memphis (Graceland czyli dom Elvisa raczej obejrzymy tylko z zewnątrz, aż takim fanem nie jestem, żeby płacić ok. 350zł za bilety dla dwóch osób, btw. to i tak są najtańsze bilety 😥)

Chciałam uwzględnić też w planie wycieczki "Four Corners" czyli jedyne miejsce w USA gdzie spotykają się granice czterech stanów (Kolorado, Utah, Nowy Meksyk i Arizona). No, ale wyszło, że nie po drodze... Las Vegas też raczej nie po drodze, ale to nic, będzie jeszcze okazja odwiedzić bo jest tylko kilka godzin jazdy do naszego nowego domu (taki hint hint dla tych, którzy chcieliby nas odwiedzić 😃).

Jezioro Tahoe

Za to zatrzymamy się na parę dni w innej części Arizony, żeby zobaczyć Wielki Kanion Kolorado i Kanion Antylopy. Jeśli chodzi o Kanion Kolorado to jaram się. Natomiast o ile Kanion Antylopy baaardzo podoba mi się wizualnie to mam trochę opory przed wejściem do niego bo wycieczka to właściwie taka wspinaczka wewnątrz kanionu i czasem może być dość wąsko i boję się, że załapie mnie klaustrofobia). Podzieliłam się obawami z małżonkiem a on na to: „Nic się nie martw, jak się zaklinujesz to zrobimy tak jak ten facet z filmu, obetniemy Ci ręce i Cię wyciągniemy.” Yyy, dzięki. 

Dla zainteresowanych: wirtualna wycieczkapo kanionie.  


A z Arizony do Kalifornii to już rzut beretem. No dobra, trochę ponad 800km 😰 W każdym razie ostatnia prosta. Mieszkanie mamy wynajęte (papiery podpisaliśmy online), następnego dnia po naszym przyjeździe powinien być dostarczony nasz kontener (miejmy nadzieję, że niezbyt poobijany, jak to miało miejsce poprzednim razem…) i będziemy mogli się zacząć rozpakowywać. 

A potem już z górki – nowy stan, więc znów egzamin na prawo jazdy (haha, no po prostu niekończąca się historia w moim przypadku), rejestracja samochodu (pewnie kosztująca miliony monet) i największy fun, czyli szukanie pracy 😃

Zdjęcia i updejty oczywiście będą na blogu i Facebooku, także zapraszam do śledzenia 😊 








Read More

Wszystko co chciałbyś wiedzieć o Karolinie Północnej, chociaż do niczego nie jest Ci to potrzebne




Mieszkając w Iowa popełniłam post na blogu na temat ciekawostek związanych z tym stanem. Teraz (póki jeszcze) mieszkamy w Północnej Karolinie, chciałabym przybliżyć wam ten stan. Jak na razie jest to mój ulubiony stan, w którym miałam okazje mieszkać 😊 Ale zaczynając od podstaw – czyli gdzie w sumie leży Karolina Północna?


Jest wielkości ok. połowy Polski, a liczba mieszkańców przekracza 10 milionów (i ciągle rośnie, dosłownie wszędzie budowane są nowe osiedla). Ma na to wpływ między innymi największy w Stanach park naukowo-technologiczny (swoje siedziby mają tu między innymi IBM, Cisco, GlaxoSmithKline czy Lenovo).
Północna i Południowa Karolina zawdzięczają swoje nazwy brytyjskiemu królowi Karolowi I. Pierwsza angielska kolonia została założona w 1585 przez kochanka królowej Elżbiety I - Waltera Raleigh i stąd mamy nazwę stolicy stanu – Raleigh (wymawiane jako ra-li). Sir Raleigh zginął poprzez ścięcie a jego grób znajduje się w Westminster Abbey.

Problem z tą kolonią jest taki, że zaginęła, tzn. gdy przyjechano tam w 1590 to po osadnikach nie było śladu. 90 mężczyzn, 17 kobiet i 11 dzieci (w tym Virgnia Dare, pierwsze angielskie dziecko urodzone w USA) po prostu rozpłynęło się w powietrzu. Zabudowania zostały, nie było żadnych śladów walki, wyryty jedynie został napis CROATOAN oraz CRO na pobliskim drzewie. Osadnicy mieli przykazane wyryć krzyż maltański na ustalonym wcześniej drzewie gdyby zbliżało się zagrożenie, lecz niczego takiego nie znaleziono. Do dziś nie rozwiązano tej zagadki, ale trwają badania DNA, żeby sprawdzić czy osadnicy nie wymieszali się z miejscową ludnością.
 Sir Walter Raleigh
Raleigh dziś - Muzeum Historii Naturalnej

Budynki w centrum 😊

Czasem można spotkać takie schody jak w Nowym Jorku, ale dość rzadko
Pozostając w klimatach historycznych – w Północnej Karolinie odbył się pierwszy lot samolotem – bracia Wright wybrali nasze wybrzeże (Outer Banks) na swoja pierwszą próbę. Dziś jedna z oficjalnych wersji tablic rejestracyjnych ma napis "First in Flight" (każdy stan ma inne tablice).


Znani ludzie z Północnej Karoliny to na przykład Edward Snowden, Ava Gardner, Julianne Moore czy Tori Amos. Znanym trenerem koszykówki jest Mike Krzyzewski. Jego nazwisko sprawia jednak Amerykanom dużo kłopotu, więc zazwyczaj wołają na niego Coach K 😅
W Północnej Karolinie znajduje się też największy dom w Stanach - The Biltmore Estate. Został wybudowany w 1895 przez rodzinę Vanderbiltów (która wciąż jest jego właścicielem), ma 250 pokojów. Zagrał w wielu filmach/serialach, np. Forrest Gump, Hannibal czy One Tree Hill.
The Biltmore Estate
By 24dupontchevy - Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=51735781



W Północnej Karolinie znajduje się także największa na świecie…. rzeźna. W Tar Heel ubija się 32 tys. świń dziennie. Należała ona do firmy Smithfield Foods, która tak się składa, posiada też takie marki jak Morliny, Berlinki czy Krakus. Natomiast ostatnio Smithfield Foods zostało kupione przez chińskie konsorcjum WH Group. Chinom bardziej opłaca się zlecać chów i ubój świń w niektórych stanach czy w Polsce bo jest to dla nich zwyczajnie tańsze i bardziej wygodne (do nich płynie samo mięso, my mamy toksyczne odpady...)

Chociaż w Północnej Karolinie wynaleziono Pepsi (w 1898 roku) to oficjalnym napojem stanowym jest…. mleko 😄 Jesteśmy też numerem jeden w produkcji batatów 😅



Hasło naszej uczelni stanowej



Ale wracając do tematów historyczno-kulturowych - Północna Karolina zaliczana jest do amerykańskiego południa, więc podczas wojny secesyjnej była częścią Konfederacji, która walczyła z północą czyli Unią.

Niby teraz Stany są jednym krajem, ale mieszkańcy Południa wciąż lubią podkreślać swoją odrębność. Nigdzie indziej nie zobaczycie pomników Kofederatów bo w Stanach traktowane są mniej więcej jak u nas w Polsce pomniki żołnierza radzieckiego. Parę jeszcze zostało ale i tak co jakiś czas zdarzają się protesty, żeby je usunąć.

Pomnik pamięci zmarłych Konfederatów

W wielu miejscach widać też pozostałości po segregacji rasowej. W centrum Raleigh można zobaczyć zdjęcia z lat '60 z sit-ins, czyli pokojowych protestów, gdzie czarni siedzieli godzinami w restauracjach, w których teoretycznie nie powinni być i gdzie nikt nie chciał ich obsłużyć. Po prostu przychodzili i siedzieli do zamnięcia.
Na południu mamy też "historically black universities" czyli uczelnie niegdyś tylko dla czarnej cześci społeczeństwa. Dziś przyjmują wszystkich, ale wciąż większość studentów jest ciemnoskóra.

Sit-in w Greensboro
Głównym napojem amerykańskiego południa jest słodka herbata. Jeśli gdziekolwiek w USA poprosisz o herbatę dostaniesz ją niesłodzoną (zimną oczywiście, ciepłych napojów tu się nie pija). Natomiast na południu jest odwrotnie - żeby dostać niesłodzoną to trzeba to wyraźnie zaznaczyć. Niestety w wielu miejscach słodka herbata to w sumie syrop o smaku herbaty, europejskie kubki smakowe mogą nie podołać 😂
Mieszkańców Południa można też poznać po akcencie, zresztą wystarczy posłuchać Toma Hanksa w Forreście Gumpie (Forrest był z Alabamy czyli Deep South 😊 ). Tak, oni tak naprawdę zaciagają 😅

Południe jest bardzo religijne, kościoły można spotkać na każdym kroku, szczególnie baptystyczne. Tradycyjnie, południowe stany są także za posiadaniem broni.

Usłyszeć można także typowo południowe powiedzonka typu Howdy (jako How are you), Y’all (you) czy Bless Your Heart. I jak, myślicie, że podobało by wam się na południu? 😃

Read More

BLT, TLC, POTUS? Czyli akronimy, których używa każdy Amerykanin




Amerykanie kochają skróty. Po co się męczyć z długim wyrażeniem gdy można użyć akronimu. Skracają co tylko się da, co oczywiście przyprawia przyjezdnych o ból głowy bo skąd mamy wiedzieć o co im chodzi. Przedstawiam wam dziś te, które zna i używa absolutnie każdy Amerykanin.


POTUS i FLOTUS
Jako, że w telewizji i Internetach ciężko nie natknąć się na informacje o Trumpie to idzie on na pierwszy ogień – POTUS to skrótowa nazwa od President of the United States. A Melania to FLOTUS – First Lady of the United States.


BLT
BLT to standard amerykańskiej kuchni czyli kanapka złożona z bacon-lettuce-tomatoe (bekon-sałata-pomidor).


TLC
Akronim TLC słyszy się bardzo często i pochodzi on od słów Tender Loving Care. Można go używać w stosunku do ludzi, przykład u Michaela Jacksona w piosence PYT (następny skrótowiec bo Pretty Young Thing to już przecież trochę za długo 😂):

I want to love you (P-Y-T)
Pretty young thing
You need some lovin' (T-L-C)

Często powtarzany jest w programach o urządzaniu wnętrz gdzie mówią, że np. dany pokój nie jest w złym stanie, tylko potrzebuje trochę „miłości” 😂

TLC to też nazwa bardzo popularnej stacji telewizyjnej. Sama nazwa pochodzi od The Learning Channel, ale ich slogan to Everyone Needs A Little TLC.


MIA
Missing in action to wyrażenie wzięte z języka wojskowego czyli „zagubiony w akcji” (wymawia się literując).  W języku potocznym oznacza osobę, której dawno nie widzieliśmy, po prostu przepadła i się nie odzywa. Często można usłyszeć to wyrażenie na YouTube.



PT
PT to po prostu… papier toaletowy. Angielska nazwa (toilet paper) jest nawet krótsza niż polska ale Amerykanie i tak mają opory, żeby jej używać. Mówią więc TP lub idą w synominy tylu bathroom tissue.

Amerykanie w ogóle nie lubią być zbyt dosłowni w kwestiach około łazienkowych czego dobrym przykładem są wyrażenia typu „numer 1” i „numer 2” czy mówienie „restroom” na łazienkę/toaletę 😂


CNA i RN

RN to pielęgniarka (Registered Nurse), do pomocy ma CNA czyli Certified Nursing Assistant.

W Stanach status pielęgniarki jest trochę inny niż w Polsce, gdy przychodzicie na wizytę do lekarza to zazwyczaj połowę  czasu spędza się z pielęgniarką – to one mierzą ciśnienie i robią wywiad z pacjentem a lekarz przychodzi już na gotowe.


OB/GYN
I kolejna medyczna profesja - OB od obstetrics a GYN od gynecology czyli ginekolog-położnik. Wymawia się po prostu literując a ja dalej nie ogarniam czemu im się wydaje, że to łatwiejsze niż powiedzieć ginekolog?

A w ogóle to umawiając się do ginekologa na wizytę kontrolną jest spora szansa, że lekarza w ogóle nie zobaczymy. Zazwyczaj przyjmie nas pielęgniarka ze specjalizacją w ginekologii (NP czyli nurse practitioner).


MVP
Most Valuable Player czyli najbardziej wartościowy gracz. Zazwyczaj ten tytuł nadawany jest w koszykówce i amerykańskich futbolu, ale też w naszej europejskiej piłce nożnej. Jednak w Stanach przeszedł do języka potocznego i właściwie każdy może być MVP, wystarczy, że czymkolwiek się wykaże 😅


DOB
W wielu formularzach występuje tylko jako skrótowiec a oznacza.. datę urodzenia (date of birth) 😊.


I to już ostatnie wyrażenie na dziś 😊 Znaliście powyższe akronimy? Czy któreś z nich były zaskakujące? Tych popularnych jest oczywiście dużo, dużo więcej więc zawsze trzeba mieć się na baczności (szczególnie, że w różnych częściach kraju pojawiaja się różne akronimy!) 😊.






Read More

Domy bractw studenckich (Iowa)










Wszyscy oglądaliśmy amerykańskie filmy o bractwach studenckich i ich imprezach. Przy okazji można też było zobaczyć domy bractw (męskich - fraterity i żeńskich - soriority). I oczywiście nasuwa się pytanie - czy to w rzeczywistości wygląda tak jak na filmach?

Odpowiedź to... i tak i nie 😄
 Zależy to głównie od wielkości i statusu uniwersytetu. Gdy studiowałam na małej, lokalnej uczelni w Pensylwanii domy bractw raczej nie powalały. 


Dla przypomnienia:

Dziś chciałabym wam zaprezentować
ich przeciwieństwo czyli domy bractw z dużej, stanowej uczelni z Iowa. Z racji tego, że uczelnia jest większa, więc bractwa przyjmują więcej członków i tym samym mają więcej sponsorów (są to zazwyczaj osoby, które ukończyły studia dobrych parę lat temu, mają trochę kasy i wciąż czują sentyment do lat spędzonych w swoim bractwie, więc chętnie sypną groszem 😄 ).

Zapraszam do oglądania 😊



Na początek domy, które stoją przy głownej ulicy



Wcześniej to bractwo miało tu inny budynek, który został zburzony i w kilka miesięcy postawili nowy dom. Jak dla mnie wygląda trochę jak kościół 😋

I dalsze uliczki....


Ten to w ogóle wygląda jak akademik

I kolejny akademik-style


Tutaj też robią generalny remont. 







Jeden z moich ulubieńców, wydaje się bardzo przytulny

Następny, który wygląda jak kościół 😅


Mieszkałabym...













Read More
Obsługiwane przez usługę Blogger.

© Copyright usasrusa