Prawo jazdy cz. II - Egzamin



Poprzednią notkę zakończyłam szokującym stwierdzeniem, że pozwolono mi zupełnie legalnie poruszać się po amerykańskich drogach zdając jedynie egzamin teoretyczny 😃 Warunkiem było tylko posiadanie w samochodzie drugiej osoby (jako pasażera), która ma już prawko. Jakoś nie miałam ciśnienia, żeby od razu podchodzić do pełnego egzaminu, więc parę miesięcy pojeździłam na moim permicie.

W Stanach zdając prawo jazdy jako osoba dorosła nie trzeba kończyć żadnego kursu (dla nastolatków są organizowane kursy w szkołach). Nie musiałam więc wysiadywać godzin na teorii ani brać lekcji z instruktorem. Aczkolwiek na to drugie zdecydowałam się bo od kiedy ostatnio jeździłam (czyli od mojego kursu w Polsce) minęło już trochę czasu.

Stanęło więc na tym, że zaczęłam jeździć z panem Ronem. Okazało się, że jest on emerytowanym nauczycielem, czyli cierpliwość ma 😊 Do tego ma doświadczenie z zagranicznymi studentami więc mniej więcej orientuje się w przepisach drogowych z innych krajów. Posiada też wieloletnią praktykę w oduczaniu używania lewej stopy podczas jazdy (przypadłość osób, które uczyły się jeździć na samochodzie ze sprzęgłem 😄 ).

Po co jeździć samochodem ze sprzęgłem jeśli można bez? Tak, jestem fanką automatów 😊

Ogólnie rzecz biorąc pan Ron był super, więc wykupiłam bodajże cztery jazdy. W cenie tego mini kursu objeździliśmy stałą trasę, którą lubią egzaminatorzy oraz miałam pokazane wszystkie miejsca, na które muszę uważać (np. znaki STOP, Amerykanie mają na ich punkcie obsesję). Poćwiczyliśmy nawet parkowanie równoległe, chociaż wtedy już właściwie tego nie wymagali na egzaminie (jednak z tym nigdy nie wiadomo, egzaminatorki z mojego DMV mają opinię jędzowatych, więc kto wie co może przyjść im do głowy…). Pojechaliśmy też raz na autostradę, ale też w ramach krótkiego przećwiczenia sobie, na egzaminie tego nie ma.

Amerykańska obsesja na punkcie znaku STOP - tutaj wersja STOP All-Way, pierwszy jedzie ten, który się pierwszy zatrzymał (taka amerykańska uprzejmość, coby nie czekał za długo 😂)

Tym razem na egzamin trzeba się umówić, ale nie czeka się długo. Interesowała mnie sobota z rana i pani dała mi kilka terminów do wyboru. Według mnie sobota jest najlepszym dniem na zdawanie egzaminu bo zazwyczaj nie jeżdżą wtedy autobusy szkolne. Problem z nimi jest taki, że posiadają one własny znak stop, wyciągany znienacka przez kierowcę 😔 Więc jeśli w porę się nie zauważy, że kierowca go wyciąga lub przejedzie się koło autobusu (nawet na przeciwległym pasie) gdy znak stopu nie jest jeszcze do końca schowany no to wtedy po egzaminie.

Na egzamin musiałam przynieść trzy rzeczy: permit (który potwierdza, że zdałam teorię), zieloną kartę (potwierdza, że jestem tu legalnie) oraz ubezpieczenie samochodu (zdaje się na swoim aucie, jeśli nie miałabym swojego to mogłabym wypożyczyć od pana Rona).


Jazdy na placu nie ma bo… DMV nie ma swojego placu (przynajmniej moje w Iowa i Północnej Karolinie nie miały). Przed budynkiem jest zwykły parking (dzielony między innymi z pobliskim spożywczakiem 😂 ), pokazuje się tam, że umie się włączyć światła i egzaminator z grubsza ogląda samochód, żeby stwierdzić czy nadaje się do jazdy. Na szczęście nie trzeba się bawić w sprawdzanie oleju jak na polskim egzaminie 😅


Przed jazdą samochód przechodzi szybką inspekcję, aczkolwiek niezbyt szczegółową. Nasze auto, z dziurą w przedniej szybie (w polu widzenia kierowcy), uznane zostało jako spełniające warunki, żeby na nim zdawać egzamin 😊
Z mojej egzaminatorki jędzowatość wyszła już na początku bo zaczęła od narzekania, że za daleko zaparkowałam 😏 No, ale nic, zaaprobowała samochód i mogłyśmy ruszać. Pojeździłyśmy po okolicy tak jak pokazał mi pan Ron (głownie małe uliczki) i wróciłyśmy na parking. Całość (włącznie ze sprawdzaniem samochodu) zajęła może 15 minut.

Gdy siedziałyśmy na parkingu pani wyjęła tablet i podliczyła ile punktów mi obcina. Zaczyna się mając 100 punktów, żeby zdać można stracić max 36. Mnie odjęła za to, że mogłam szybciej jechać 😃 No, mogłam, ale wolałam wolniej bo za to ewentualnie odejmą punkty a przy przekroczeniu limitu nawet o 1 milę i nawet jeśli trwa to sekundę, kończy się egzamin.




Po podliczeniu okazało się, że zdałam, więc mogłam wrócić z nią do budynku DMV i odebrać papierową wersję prawka (tak jak to permitu zdjęcie i badanie wzroku było na miejscu). Plastikową wersję prawka też przysyłają pocztą. Koszt to zazwyczaj 5 dolarów na rok, w Iowa komputer losuje na ile lat się dostaje i tyle się płaci 😄 Mi wyszło 20 dolarów. Z kolei w Północnej Karolinie zazwyczaj dają na 8 lat, więc trzeba od razu wybulić 40 dolarów.

I na tym właściwie można zakończyć przygodę z DMV bo potem przedłuzenie prawka można załatwić przez Internet a plastikowy dokument przysyłany jest do domu pocztą 😊






Read More

Prawo jazdy część I - Permit



W poprzednim poście wspominałam o przeprawach z uaktualnianiem mojego prawka. Pomyślałam więc, że napiszę coś więcej na temat jak zdobyć amerykańskie prawo jazdy i czy jest tak łatwo zdać egzamin jak pokazują na filmach 😃

Moje doświadczenia jako kierowca w Polsce były dość marne – zrobiłam kurs, zdałam teorię, ale na praktyce już nie poszło i więcej prób nie podejmowałam. Tak naprawdę prawko nie było mi wtedy do niczego potrzebne, poza tym miałam już wtedy plany wyjazdowe i stwierdziłam, że nie będę się stresować polskim egzaminem. Była to dobra decyzja 👍

Jak już wiecie o amerykańskie prawo jazdy ubiegać się mogłam po otrzymaniu zielonej karty, którą dostałam po ponad roku od przyjazdu do Stanów. Ale wtedy i tak nie mieliśmy samochodu (Kia, którą miał wcześniej Zack sama się włączyła i zjarała sobie silnik, do tej pory utrzymujemy, że ten samochód był nawiedzony). My mieliśmy to szczęście, że mieszkaliśmy w miasteczku gdzie była uczelnia stanowa, więc autobusy istniały (dla studentów za darmo, ja kupowałam przejazdówkę).

Niestety większa część Stanów jest pozbawiona jakiejkolwiek komunikacji publicznej
. Więc jeśli nie masz samochodu to zapomnij o wybraniu się gdziekolwiek, no chyba, że będziesz prosić znajomych o podwózkę albo wypożyczysz sobie samochód.  Jakimś rozwiązaniem jest teraz Uber i Lyft, ale wiadomo, na dłuższą mete się to nie opłaca. Także i my po jakimś czasie zakupiliśmy samochód.





Skoro mamy więc samochód to wypadałoby nim jeździć i tak temat mojego prawka powrócił. Stwierdziłam, że najpierw zrobię permit. Permit to prawie jak prawko (dostaje się plastikowy dokument), z tą różnicą, że nie można autem jeździć samemu. Zazwyczaj permit robią nastolatki, które jeżdżą potem jakiś czas z rodzicami lub starszym rodzeństwem, w moim przypadku jeździłam z panem mężem 😃

Co trzeba zrobić, żeby dostać permit? Zasady mogą się różnić pomiędzy stanami, ale zazwyczaj będzie to udowodnienie, że nasz status immigracyjny pozwala nam na podejście do egzaminu, że mieszka się w danym stanie oraz że jest się w odpowiednim wieku. W Iowa jeździć można od 14 roku życia 😄

Później należy zlokalizować najbliższy DMV (Department of Motor Vehicles), który jest częścią DOTu (Department of Transportation) - odpowiednik naszego WORDu. Są tam za darmo udostępniane materiały do nauki na egzamin teoretyczny. Przeczytałam to sobie kilka razy a potem pare razy zrobiłam teścik ze strony DMV/DOT, gdzie pytania są identyczne jak na egzaminie 😄



Na egzamin teoretyczny nie trzeba się umawiać. Po prostu pojawiłam się pewnego dnia w moim lokalnym urzędzie z papierami (jako dowód mieszkania w Iowa przyniosłam wielką plastikową kopertę, w której przyszły mi buty zamówione z Ebaya – musiałam mieć „piece of mail” na potwiedzenie adresu, pani z radością przyjęła i spięła kopertę z resztą dokumentów 😃 ). Swoją drogą DMV nie muszą mieć swojej infrastruktury tak jak WORDy w Polsce, więc mój urząd mieścił się w pasażu handlowym pomiędzy fryzjerem a chińskim jedzeniem 😃

Cały urząd to jedna otwarta przestrzeń. Komputery do egzaminu teoretycznego (5-6 sztuk) stoją w kącie i pani mi powiedziała, żebym tam poszła i zaczęła egzamin. Nikt nawet tam nie stał i mnie nie pilnował 😄 Z racji, że pytania już przerobiłam wcześniej w necie to test poszedł dość gładko. Machnęłam się tylko w jednym pytaniu gdzie musiałam coś podać w milach. Nie ogarniam mil do tej pory, więc nawet i teraz pewnie bym tego nie wiedziała 😂

Moja wizyta w urzędzie poszła dość szybko, ale nomą jest, że w kolejce czeka się godzinami. Przy wymianie prawka w Północnej Karolinie zeszło mi w urzędzie ponad 3 godziny. Kolejka ustawia się jeszcze przed otwarciem budynku.




Kolejnym krokiem przed wydaniem permitu było sprawdzenie wzroku. Nie robi tego lekarz tylko pani urzędniczka na miejscu 😊 Następnie zrobiono mi zdjęcie (też na miejscu, nigdy nie spotkałam się z praktyką by w jakimkolwiek amerykańskim urzędzie kazali przynieść swoje foto). Jednak trzeba się modlić, żeby wyszło przyzwoicie...

Po chwili dostałam permit w wersji papierowej, plastikowy dokument przychodzi pocztą w ciągu tygodnia (w niektórych stanach od razy dają plastik, widocznie Iowa jeszcze nie jest tak rozwinięta technologicznie 😖).
I od tego momentu mogłam już leganie poruszać się po amerykańskich drogach 😊
A w następnej notce opiszę jak wyglądały jazdy doszkalające i egzamin praktyczny 😃




Read More

Dostałam zieloną kartę! I czy zielona karta jest naprawdę zielona? :)




Tak jak pisałam w jednym z ostanich postów, moja zielona karta przyszła do mnie pocztą na początku stycznia. Tytuł tego postu może jednak niektórych trochę zdziwić - bo jak to mam męża Amerykanina od już (prawie) 4 lat i do tej pory nie miałam zielonej karty ani obywatelstwa?

Zacznę może od wyjaśnienia, że przyjaz do Stanów i ślub z obywatelem nie gwarantują właściwie nic - o wszystko trzeba się ubiegać, złożyć podanie, zapłacić i oczywiście czekać miesiacami. Po ślubie złożyliśmy papiery o "adjustment of status" co jest początkiem drogi do zielonej karty. Dość szybko zostałam wezwana na złożenie odcisków palców i zdjęcie (zdjęcie do dokumentów robią na miejscu w urzędze) i po paru miesiącach przyszło pozwolenie na pracę. Po prawie roku od złożenia dokumentów przyszła moja zielona karta, ale nie był to "pełnowartościowy" dokument.

Co to oznacza? Była to tzw. conditional green card, co można by przetłumaczyć jako karta warunkowa. Tym warunkiem było utrzymanie małżeństwa z amerykańskim obywatelem przez okres posiadania tej karty czyli dwa lata. Co ciekawe, zwolniono nas z interview jakie zazwyczaj przeprowadza się z parami, które ubiegają się o zieloną kartę przez małżeństwo. Nie wiem co przeważyło, szczególnie, że nie mieliśmy bardzo mocnych dowodów typu dzieci i kredyt na dom/mieszkanie 😂 Ba, nawet kredytu na samochód jeszcze wtedy nie mieliśmy 😄
Dwa lata szybko zleciały i w kwietniu 2017 skończyła się ważność mojej karty warunkowej (pominę już historię o tym, że źle wpisano nazwisko i rok czekałam na poprawienie tego, wliczając ponowne pobranie odcisków palców...). Oczywiście w dozwolonym terminie (90 dni przed utratą ważności dokumentu) złożyłam nowy komplet dokumentów.

Biuro imigracyjne dostało kolejny zestaw naszych zdjęć (swoją drogą mają ich już tyle, że spory album mogliby z tego poskaładać), umowy wynajmu mieszkań, wyciąg z konta itp. i mogli przystąpić do działania.


Niestety albo stety, zielona karta jest też dokumentem stwierdzającym uprawnienia do podjęcia pracy w Stanach oraz (chociaż to zależy od stanu) uzyskania prawa jazdy. Jak więc załatwiłam te dwie sprawy nie mając zielonej karty ważnej przez prawie 9 miesięcy? Biuro imigracyjne przysłało mi pismo, że pracują nad moimi dokumentami i że mój status rezydenta zostaje przedużony na okres 1 roku. Na szczęście mojemu pracodawcy to wystarczyło.

W lokalnym WORDZie czyli DOT-cie (Department of Transportation) w sumie też, ale przedłużyli mi prawko tylko na okres jednego roku. Co oznacza, że niedługo muszę się zgłosić po trzecie prawko w ciągu półtora roku 😅 A że w miedzyczasie chodziłam do DOT-u jeszcze dopytać o sytuację z moją kartą to w sumie znam już tych urzędników z widzenia 😂

Walizka pieniędzy, którą należy przygotować zaczynając proces imigracyjny 😄 A tak serio to myślę, że zamkniemy się w 5 tys. dolarów za całość (wiza+zielone karty+obywatelstwo).
Nie jeździłam też wtedy nigdzie za granicę - trochę obawiałabym się powrotu do Stanów tylko z tym jednym świstkiem w kieszeni. Teoretycznie nie powinno być problemów, ale póki nie miałam prawdziwego, plastikowego dokumentu w ręce to wolałam nie ryzykować.

Czekaliśmy też na interview
bo jak głosiły internetowe fora imigracyjne "jeśli było się zwolnionym z pierwszego interview to drugie już na pewno będzie". Także starałam się pamiętać jaki jest kolor Zacka szczoteczki do zębów i jaki rozmiar buta nosi 😂 Ale... zaproszenie na rozmowę nigdy nie przyszło. Do tej pory gdy komuś o tym wspominam to nikt mi nie wierzy. Cóż, najwidoczniej zdjęcia z Facebooka przekonały panów urzędników 😅




No i w końcu, rok później, przyszło zawiadomienie o pozytywnej decyzji w sprawie usunięcia warunku i przyznania mi zielonej karty na 10 lat (tak, za 10 lat zabawa z wysyłaniem zdjęć, wyciągów z baku i wspólnych pożyczek zaczyna się od nowa 😐). Karta przyszła pocztą dosłownie kilka dni później (chociaż w decyzji napisali, że może to zająć do dwóch miesięcy).


I teraz odpowiedź na pytanie nad którym wszyscy się zastanawiją - czy zielona karta jest naprawdę zielona? Odpowiedź to... i tak i nie 😄 Wzory kart się zmieniają i te karty, które wydaje się teraz nie wygladają już tak jak te wydane 5 czy 10 lat temu. 

Moja conditional green card, czyli ta 2-letnia była bardziej zielona niż ta 10-letnia: stary wzór miał w tle Statue Wolności, natomiast nowy ma flage amerykańską, więc i karta sama w sobie jest bardziej kolorowa. Są oczywiście elementy zielonkawe, ale nazwałambym ten kolor morskim, a nie zielonym. 
Obecny wzór zielonej karty (czyli mojej aktualnej)

Poprzedni wzór (czyli moja 2-letnia). W rzeczywistości kolory są trochę bardziej nasycone.
Co ciekawe jeszcze 10-15 lat temu karty nie były wcale zielone:


I jeszcze ważna informacja jeśli czytają mnie osoby, które mają zamiar aplikować o zieloną kartę - wszystko załatwialiśmy bez adwokata, sami wypełniliśmy wszystkie dokumenty i nie konsultowaliśmy ich ani z prawnikiem, ani z żadnym biurem/agencją pośredniczącą. Jeśli macie czystą sytuację imigracyjną to samodzielne wypełnienie dokumentów według listy w zupełności wystarczy.

Jeśli chcecie jednak zasięgnąć porady prawnej upewnijcie się, że rozmawiacie z prawnikiem imigracyjnym. Niestety słyszałam o wielu przypadkach konsultacji z prawnikami, którzy nie bardzo orientowali się w prawie imigracyjnym, więc ich porada narobiła sporo bałaganu i wydłużyła proces przyznania zielonej karty.
Read More

Największe centrum handlowe w Stanach - King of Prussia Mall





Odwiedzając rodzinę Zacka podczas Świąt, w końcu udało nam się dotrzeć do King of Prussia, czyli największego centrum handlowego w USA. Największego powierzchniowo bo jest jedno w Minnesocie, które jest co prawda mniejsze, ale ma więcej sklepów.

King of Prussia mieści się ok. 32km od Filadelfii i ma powierzchnię 270 000m2 (to jak 38 boisk piłkarskich). W USA powojenny konsumpcjonizm rozkręcił się już na dobre w latach '50 i '60 ubiegłego wieku i wtedy też wybudowano sporą część z największych amerykańskich centrów handlowych.

Nie inaczej było z King of Prussia, które powstało w 1963 roku. Nazwę przyjęło natomiast od miejscowości, w któtej się znajduje.



Bliska odległość od Filadelfii gwarantuje regularny przypływ turystów, co zapewnia też rekordową liczbę odwiedzających - 22 miliony rocznie. Centrum handlowe zatrudnia 7 tysięcy pracowników, w tym konsjeżów (aż musiałam sprawdzić w słowniku jak to się pisze i odmienia, Amerykanie używają francuskiej pisowni) i osoby do obsługi valet parking (chyba parkingowy na to się mówi? Tylko, że chodzi o osobę, która parkuje twój samochód, a nie pobiera opłatę na za parkowanie).
Świąteczne dekoracje też są sporych rozmiarów 😄
Ale wracając do tematu - najważniejsze - czyli jakie mają tam sklepy? Właściwie większość sieciówek, na przykład: Nordstrom, Hollister, Old Navy, J.Crew, Gap, Victoria's Secret,  Forever 21, Diesel, Aldo, Vans, UGG, Hugo Boss, Lewis, Aeropostale, Michael Kors, Calvin Klein, Coach, H&M (niezbyt popularny tutaj), Jimmy Choo, Ralf Lauren czy Zara (też mało popularna).

Moda męska 😍

Misiaczki u Ralfa, w szybie odbija się sklep z napraciwka - L'Occitane

A po drodze można też wybielić sobie zęby 😅

Do tego sklepy typu Apple, Microsoft czy Tesla. I oczywiście Food Court gdzie można kupić pizze, burgera czy chińskie jedzenie. Zaraz obok jest też kilka restauracji znanych sieci jak Outback Steakhouse, Maggiano's Little Italy czy The Cheesecake Factory, o którym już kiedyś wspominałam.
Tesla ❤
Trzecie piętro zarezerowowane jest dla marek luksusowych - zajdziemy tam na przykład Burberry, Gucci, Hermes, Fendi, Carolina Herrera, Louis Vitton, Diane von Furstenberg czyTiffany.
Powiew luksusu 😄




Diamenty

Więcej diamentów



Oczywiście moim głównym celem był Primark. Co prawda "mój" Primark w Manchesterze (jedna z głównych rozrywek podczas mojego Erasmusa 😅 ) podniósł poprzeczkę bo jest nawiększym sklepem  tej sieci, to jednak byłam skłonna wybaczyć amerykańskiemu Primarkowi jakiekolwiek niedociągnęcia bo jednak trochę się stęskniłam 😂





A najlepsze w tym wszystkim jest to, że podatek od ubrań wynosi w Pennsylwanii dokładnie 0%
Read More

Podsumowanie roku 2017


W 2017 roku starałam się pisać w miarę regularnie, więc stali czytelnicy pewnie pamiętają większość wydarzeń, które pojawią się w tej notce. Myślę, że ogólnie rzecz biorąc był to dla nas dość spokojny rok, ale już zaczynamy nastawiać się mentalnie na kolejne spore zmiany w następnych miesiącach.

Jednym z większych wydarzeń 2017 było rozpoczęcie przeze mnie pracy w amerykańskiej szkole. W styczniu kończyłam już powoli pracę przy projekcie na naszej lokalnej uczelni, a od 1go lutego zaczęłam moją nową robotę w gimbazie, gdzie jestem już właściwie senior employee bo tym jak w drugiej połowie roku zatrudniliśmy trzy nowe osoby do zespołu 😊

W lutym wybraliśmy się też na romantyczną walentynkową kolację (chyba po raz pierwszy ever 😄) do takiej  trochę bardziej wyszukanej restauracji i… była to totalna klapa. Już nawet nie o mini porcje chodzi, ale o to, że menu było specjalnie przygotowane na tę okazję i nie było dużego pola manewru co do wyboru dań. Za to rachunek był pokaźny..

Gdzieś w okolicach marca-kwietnia zaczęliśmy tez myśleć się nad przeprowadzką. W tym pomyśle upewniła nas strzelanina, która pewnego wieczoru miała miejsce po drugiej stronie ulicy od naszego mieszkania.

Jako, że przeprowadzaliśmy się do nieumeblowanego mieszkania (standard w Stanach), byliśmy w potrzebie nabycia mebli. I talerzy. I sztućców 😊. Wybraliśmy się więc na wycieczkę (2 godziny jazdy w jedną stronę) do…. Ikei! Jest tam tak swojsko i europejsko, że za każdym razem się wzruszam. Swoją drogą czy w Polsce Ikea też przejęła logo  Biedronki? 😂


W kwietniu kończyła się też ważność mojej zielonej karty (tak, zielone karty są przyznawane czasowo, nie, ślub z obywatelem nie gwarantuje zielonej karty ani obywatelstwa). Aplikować można 90 dni przed upływem terminu, więc moja aplikacja poszła do urzędu imigracyjnego gdzieś w połowie stycznia (opłata za aplikację też, jakieś 2500zł, może więcej, bo dolar wtedy stał wysoko). Mamy styczeń 2018, rok później, i.... właśnie wczoraj przysłali pismo, że wniosek rozpatrzyli pozytywnie 😃 Wysłali samą decyzję, karta przyjdzie pocztą za dwa miesiące. Myśleliście, że polskie urzędy są powolne? 😖

W maju mieliśmy tez pierwszych gości, którzy przyjechali nas odwiedzić w Północnej Karolinie. Brat Zacka z małżonką zawitali by spędzić u nas majówkę (majówka amerykańska wypada pod koniec maja 😃). Punktem, którym ja najbardziej się ekscytowałam była oczywiście wizyta u lemurów. Reszta towarzystwa bardziej napalała się na próbowanie południowej kuchni.

W czerwcu wybraliśmy się na wakacje do San Diego. "Wakacje" oznacza, że Zack miał tam konferencję, a ja pojechałam na doczepkę, czyli wypoczynkowy standard u nas. Było fajnie chociaż zimno! Miasto przy granicy z Meksykiem a w czerwcu ledwo 20 stopni i brak słońca...

Przez resztę wakacji byłam zarobiona – w pracy z naszego teamu odeszła jedna laska i zatrudnienie kogoś nowego zajęło jakieś dwa miesiące. Trzeba było cisnąć nadgodziny, żeby wydrukować wszystkim dzieciakom świadectwa (nie, nauczyciele tego nie robią) i wyniki egzaminów dla wszystkich uczniów od 3 klasy podstawówki wzwyż (kuratorium, ani OKE tego nie robią). Potem tę stertę papierów (świadectwa czasem mają 3 strony, egzaminy na koniec każdej klasy zdaje się z kilku przedmiotów, więc dochodzi parę dodatkowych kartek) wysyła się pocztą do rodziców uczniów.

W sierpniu wybraliśmy się natomiast do Południowej Karoliny by obejrzeć całkowite zaćmienie słońca. Było fantastycznie! ❤


Parę tygodni później pojechaliśmy na jeden dzień do Waszyngtonu, żeby spotkać się z moją koleżanką Basią i jej chłopakiem, którzy przyjechali na wakacje do USA. Fajnie było zobaczyć się z kimś z Polski i właściwie od prawie czterech lat jak mieszkam w Stanach to była druga taka sytuacja, że ktoś podejmuje wysiłek dodatkowej podróży, żeby spędzić razem parę godzin 💗

We wrześniu mieliśmy nadzieję, że huragan Irma nas ominie (i w sumie ominął). A w październiku zaczęło się już jesienno-halloweenowe szaleństwo w sklepach i nawet ja skusiłam się na kupno paru dekoracji. Chciałabym więcej, ale kto to potem będzie pakował gdy będziemy się przeprowadzać. Nie wspominając o wykorzystanej już w 100% powierzchni magazynowej naszego mieszkania...

Odkąd mamy większą kuchnię zaczęłam też więcej gotować i piec. Poniżej wykonane przeze mnie: Acain Bowl (zdecydowanie ulubieniec w 2017), Botwinka, Szarlotka i Zupa kokosowo-szparagowa z chlebkiem naan.



Znacznie powiększyła się również moja lista restauracji, do których chciałabym pójść (mam listę w Trello 😃). Bardzo lubię odwiedzać diners czyli amerykańską wersję barów mlecznych i w grudniu zaciągnęłam Zacka do czterech miejscówek (on nie jest bardzo chętny bo nie je śniadań, ale czasami się poświęca 😊). Lubi jednak przygotowywać mięso (czego ja nie robię wcale), więc w listopadzie przygotował dla nas cały obiad na Święto Dziękczynienia.

W grudniu, jak co roku, zrobiliśmy sobie świąteczne zdjęcie z naszym kotem, a potem pojechaliśmy (również jak co roku) do New Jersey i Pennsylwanii, żeby spędzić Swięta z rodziną Zacka. Największym zaskoczeniem prezentowym była lustrzanka, więc nie mam chyba teraz innej opcji jak tylko wpisać sobie na listę postanowień noworocznych, żeby ogarnąć jak jej się używa 😂 Ale przynajmniej blog na tym skorzysta 😃


Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku!
Read More

Świąteczne zdjęcie z czworonożnym przyjacielem

Wrócilismy już z naszych corocznych wojaży świątecznych (jeździmy co roku do rodziny Zacka w Pennsylwanii i New Jersey) i oczywiście zastaliśmy w skrzynce pocztowej sporo kartek świątecznych, które przyszły już po tym jak wyjechaliśmy. Zwyczaj wysyłania kartek świątecznych (i w ogóle jakichkolwiek kartek z podziękowaniami, gratulacjami itd.) ma się w Stanach bardzo dobrze.

Obecnie przynajmniej połowa kartek świątecznych to zdjęcia lub kolaże zdjęć rodziny, która wysyła kartkę (tutaj możecie zerknąć na tegoroczne kartki amerykańskich celebrytów 😊). Mnóstwo stron oferuje darmowe efementy graficzne do wykorzystania, więc zrobienie takiej profesjonalnie wyglądającej kartki to dosłownie pare minut.


Z racji tego, że w Stanach wszelkie przejawy dziwactwa są bardziej akceptowane to nikogo nie dziwi, że ktoś ma obsesję na punkcie swojego czworonoga i to z nim chce mieć zdjęcie (jeśli klikneliście na kartki celebrytów to zobaczycie tam kilka zwierzaków 😂).


Świąteczny Tesla, grudzień 2017 
Sklepów z akcesoriami dla zwierząt jest zdecydowanie więcej niż w Polsce. Na początku grudnia pojawiają się więc świąteczne ubranka oraz akcesoria dla psów i kotów w stylu opaski z porożem renifera 😄 Oczywiście nasz kot też taką ma (tyle, że czapeczkę, opaska spadła by mu z głowy 😄)


Jednak Tesla nie był zachwycony byciem reniferem...

W grudniu jedna z większych sieciówek - Petco organizuje też różne eventy, np. świąteczne zdjęcie z Mikołajem. Są to dokładnie takie same zdjęcia jakie większość z nas ma z wczesnego dzieciństwa, z tą różnicą, że na kolanach u Mikołaja sadza się psa lub kota 😊

Z tego co wiem można sobie też zrobić taką fotkę w centrach handlowych. Zazwyczaj siedzi tam Mikołaj celem robienia sobie zdjęć z dziećmi, ale gdy przyprowadzi się zwierzaka to często też się zgadzają 😃. Różnica między zdjęciami robionymi w sklepie zoologicznym a w centrum handowym jest jednak taka, że opłata za fotkę w Petco (10 dolarów) idzie na lokalne schronisko, a ta z mall Santa to prywatny profit.

Nasza pierwsza świąteczna fotka z Teslą, grudzień 2015
Ciekawa jestem czy ten trend dotarł już do Polski, może są jakieś eventy z Mikołajami w sklepach zoologicznych? My kontunuujemy naszą tradycję już trzeci rok i przyszłych latach nie planujemy tego zmieniać (myślę jednak, że liczba zwierzaków bedzie się jedynie zwiększać 😅 ).
Read More
Obsługiwane przez usługę Blogger.

© Copyright usasrusa