Największe centrum handlowe w Stanach - King of Prussia Mall





Odwiedzając rodzinę Zacka podczas Świąt, w końcu udało nam się dotrzeć do King of Prussia, czyli największego centrum handlowego w USA. Największego powierzchniowo bo jest jedno w Minnesocie, które jest co prawda mniejsze, ale ma więcej sklepów.

King of Prussia mieści się ok. 32km od Filadelfii i ma powierzchnię 270 000m2 (to jak 38 boisk piłkarskich). W USA powojenny konsumpcjonizm rozkręcił się już na dobre w latach '50 i '60 ubiegłego wieku i wtedy też wybudowano sporą część z największych amerykańskich centrów handlowych.

Nie inaczej było z King of Prussia, które powstało w 1963 roku. Nazwę przyjęło natomiast od miejscowości, w któtej się znajduje.



Bliska odległość od Filadelfii gwarantuje regularny przypływ turystów, co zapewnia też rekordową liczbę odwiedzających - 22 miliony rocznie. Centrum handlowe zatrudnia 7 tysięcy pracowników, w tym konsjeżów (aż musiałam sprawdzić w słowniku jak to się pisze i odmienia, Amerykanie używają francuskiej pisowni) i osoby do obsługi valet parking (chyba parkingowy na to się mówi? Tylko, że chodzi o osobę, która parkuje twój samochód, a nie pobiera opłatę na za parkowanie).
Świąteczne dekoracje też są sporych rozmiarów 😄
Ale wracając do tematu - najważniejsze - czyli jakie mają tam sklepy? Właściwie większość sieciówek, na przykład: Nordstrom, Hollister, Old Navy, J.Crew, Gap, Victoria's Secret,  Forever 21, Diesel, Aldo, Vans, UGG, Hugo Boss, Lewis, Aeropostale, Michael Kors, Calvin Klein, Coach, H&M (niezbyt popularny tutaj), Jimmy Choo, Ralf Lauren czy Zara (też mało popularna).

Moda męska 😍

Misiaczki u Ralfa, w szybie odbija się sklep z napraciwka - L'Occitane

A po drodze można też wybielić sobie zęby 😅

Do tego sklepy typu Apple, Microsoft czy Tesla. I oczywiście Food Court gdzie można kupić pizze, burgera czy chińskie jedzenie. Zaraz obok jest też kilka restauracji znanych sieci jak Outback Steakhouse, Maggiano's Little Italy czy The Cheesecake Factory, o którym już kiedyś wspominałam.
Tesla ❤
Trzecie piętro zarezerowowane jest dla marek luksusowych - zajdziemy tam na przykład Burberry, Gucci, Hermes, Fendi, Carolina Herrera, Louis Vitton, Diane von Furstenberg czyTiffany.
Powiew luksusu 😄




Diamenty

Więcej diamentów



Oczywiście moim głównym celem był Primark. Co prawda "mój" Primark w Manchesterze (jedna z głównych rozrywek podczas mojego Erasmusa 😅 ) podniósł poprzeczkę bo jest nawiększym sklepem  tej sieci, to jednak byłam skłonna wybaczyć amerykańskiemu Primarkowi jakiekolwiek niedociągnęcia bo jednak trochę się stęskniłam 😂





A najlepsze w tym wszystkim jest to, że podatek od ubrań wynosi w Pennsylwanii dokładnie 0%
Read More

Podsumowanie roku 2017


W 2017 roku starałam się pisać w miarę regularnie, więc stali czytelnicy pewnie pamiętają większość wydarzeń, które pojawią się w tej notce. Myślę, że ogólnie rzecz biorąc był to dla nas dość spokojny rok, ale już zaczynamy nastawiać się mentalnie na kolejne spore zmiany w następnych miesiącach.

Jednym z większych wydarzeń 2017 było rozpoczęcie przeze mnie pracy w amerykańskiej szkole. W styczniu kończyłam już powoli pracę przy projekcie na naszej lokalnej uczelni, a od 1go lutego zaczęłam moją nową robotę w gimbazie, gdzie jestem już właściwie senior employee bo tym jak w drugiej połowie roku zatrudniliśmy trzy nowe osoby do zespołu 😊

W lutym wybraliśmy się też na romantyczną walentynkową kolację (chyba po raz pierwszy ever 😄) do takiej  trochę bardziej wyszukanej restauracji i… była to totalna klapa. Już nawet nie o mini porcje chodzi, ale o to, że menu było specjalnie przygotowane na tę okazję i nie było dużego pola manewru co do wyboru dań. Za to rachunek był pokaźny..

Gdzieś w okolicach marca-kwietnia zaczęliśmy tez myśleć się nad przeprowadzką. W tym pomyśle upewniła nas strzelanina, która pewnego wieczoru miała miejsce po drugiej stronie ulicy od naszego mieszkania.

Jako, że przeprowadzaliśmy się do nieumeblowanego mieszkania (standard w Stanach), byliśmy w potrzebie nabycia mebli. I talerzy. I sztućców 😊. Wybraliśmy się więc na wycieczkę (2 godziny jazdy w jedną stronę) do…. Ikei! Jest tam tak swojsko i europejsko, że za każdym razem się wzruszam. Swoją drogą czy w Polsce Ikea też przejęła logo  Biedronki? 😂


W kwietniu kończyła się też ważność mojej zielonej karty (tak, zielone karty są przyznawane czasowo, nie, ślub z obywatelem nie gwarantuje zielonej karty ani obywatelstwa). Aplikować można 90 dni przed upływem terminu, więc moja aplikacja poszła do urzędu imigracyjnego gdzieś w połowie stycznia (opłata za aplikację też, jakieś 2500zł, może więcej, bo dolar wtedy stał wysoko). Mamy styczeń 2018, rok później, i.... właśnie wczoraj przysłali pismo, że wniosek rozpatrzyli pozytywnie 😃 Wysłali samą decyzję, karta przyjdzie pocztą za dwa miesiące. Myśleliście, że polskie urzędy są powolne? 😖

W maju mieliśmy tez pierwszych gości, którzy przyjechali nas odwiedzić w Północnej Karolinie. Brat Zacka z małżonką zawitali by spędzić u nas majówkę (majówka amerykańska wypada pod koniec maja 😃). Punktem, którym ja najbardziej się ekscytowałam była oczywiście wizyta u lemurów. Reszta towarzystwa bardziej napalała się na próbowanie południowej kuchni.

W czerwcu wybraliśmy się na wakacje do San Diego. "Wakacje" oznacza, że Zack miał tam konferencję, a ja pojechałam na doczepkę, czyli wypoczynkowy standard u nas. Było fajnie chociaż zimno! Miasto przy granicy z Meksykiem a w czerwcu ledwo 20 stopni i brak słońca...

Przez resztę wakacji byłam zarobiona – w pracy z naszego teamu odeszła jedna laska i zatrudnienie kogoś nowego zajęło jakieś dwa miesiące. Trzeba było cisnąć nadgodziny, żeby wydrukować wszystkim dzieciakom świadectwa (nie, nauczyciele tego nie robią) i wyniki egzaminów dla wszystkich uczniów od 3 klasy podstawówki wzwyż (kuratorium, ani OKE tego nie robią). Potem tę stertę papierów (świadectwa czasem mają 3 strony, egzaminy na koniec każdej klasy zdaje się z kilku przedmiotów, więc dochodzi parę dodatkowych kartek) wysyła się pocztą do rodziców uczniów.

W sierpniu wybraliśmy się natomiast do Południowej Karoliny by obejrzeć całkowite zaćmienie słońca. Było fantastycznie! ❤


Parę tygodni później pojechaliśmy na jeden dzień do Waszyngtonu, żeby spotkać się z moją koleżanką Basią i jej chłopakiem, którzy przyjechali na wakacje do USA. Fajnie było zobaczyć się z kimś z Polski i właściwie od prawie czterech lat jak mieszkam w Stanach to była druga taka sytuacja, że ktoś podejmuje wysiłek dodatkowej podróży, żeby spędzić razem parę godzin 💗

We wrześniu mieliśmy nadzieję, że huragan Irma nas ominie (i w sumie ominął). A w październiku zaczęło się już jesienno-halloweenowe szaleństwo w sklepach i nawet ja skusiłam się na kupno paru dekoracji. Chciałabym więcej, ale kto to potem będzie pakował gdy będziemy się przeprowadzać. Nie wspominając o wykorzystanej już w 100% powierzchni magazynowej naszego mieszkania...

Odkąd mamy większą kuchnię zaczęłam też więcej gotować i piec. Poniżej wykonane przeze mnie: Acain Bowl (zdecydowanie ulubieniec w 2017), Botwinka, Szarlotka i Zupa kokosowo-szparagowa z chlebkiem naan.



Znacznie powiększyła się również moja lista restauracji, do których chciałabym pójść (mam listę w Trello 😃). Bardzo lubię odwiedzać diners czyli amerykańską wersję barów mlecznych i w grudniu zaciągnęłam Zacka do czterech miejscówek (on nie jest bardzo chętny bo nie je śniadań, ale czasami się poświęca 😊). Lubi jednak przygotowywać mięso (czego ja nie robię wcale), więc w listopadzie przygotował dla nas cały obiad na Święto Dziękczynienia.

W grudniu, jak co roku, zrobiliśmy sobie świąteczne zdjęcie z naszym kotem, a potem pojechaliśmy (również jak co roku) do New Jersey i Pennsylwanii, żeby spędzić Swięta z rodziną Zacka. Największym zaskoczeniem prezentowym była lustrzanka, więc nie mam chyba teraz innej opcji jak tylko wpisać sobie na listę postanowień noworocznych, żeby ogarnąć jak jej się używa 😂 Ale przynajmniej blog na tym skorzysta 😃


Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku!
Read More

Świąteczne zdjęcie z czworonożnym przyjacielem

Wrócilismy już z naszych corocznych wojaży świątecznych (jeździmy co roku do rodziny Zacka w Pennsylwanii i New Jersey) i oczywiście zastaliśmy w skrzynce pocztowej sporo kartek świątecznych, które przyszły już po tym jak wyjechaliśmy. Zwyczaj wysyłania kartek świątecznych (i w ogóle jakichkolwiek kartek z podziękowaniami, gratulacjami itd.) ma się w Stanach bardzo dobrze.

Obecnie przynajmniej połowa kartek świątecznych to zdjęcia lub kolaże zdjęć rodziny, która wysyła kartkę (tutaj możecie zerknąć na tegoroczne kartki amerykańskich celebrytów 😊). Mnóstwo stron oferuje darmowe efementy graficzne do wykorzystania, więc zrobienie takiej profesjonalnie wyglądającej kartki to dosłownie pare minut.


Z racji tego, że w Stanach wszelkie przejawy dziwactwa są bardziej akceptowane to nikogo nie dziwi, że ktoś ma obsesję na punkcie swojego czworonoga i to z nim chce mieć zdjęcie (jeśli klikneliście na kartki celebrytów to zobaczycie tam kilka zwierzaków 😂).


Świąteczny Tesla, grudzień 2017 
Sklepów z akcesoriami dla zwierząt jest zdecydowanie więcej niż w Polsce. Na początku grudnia pojawiają się więc świąteczne ubranka oraz akcesoria dla psów i kotów w stylu opaski z porożem renifera 😄 Oczywiście nasz kot też taką ma (tyle, że czapeczkę, opaska spadła by mu z głowy 😄)


Jednak Tesla nie był zachwycony byciem reniferem...

W grudniu jedna z większych sieciówek - Petco organizuje też różne eventy, np. świąteczne zdjęcie z Mikołajem. Są to dokładnie takie same zdjęcia jakie większość z nas ma z wczesnego dzieciństwa, z tą różnicą, że na kolanach u Mikołaja sadza się psa lub kota 😊

Z tego co wiem można sobie też zrobić taką fotkę w centrach handlowych. Zazwyczaj siedzi tam Mikołaj celem robienia sobie zdjęć z dziećmi, ale gdy przyprowadzi się zwierzaka to często też się zgadzają 😃. Różnica między zdjęciami robionymi w sklepie zoologicznym a w centrum handowym jest jednak taka, że opłata za fotkę w Petco (10 dolarów) idzie na lokalne schronisko, a ta z mall Santa to prywatny profit.

Nasza pierwsza świąteczna fotka z Teslą, grudzień 2015
Ciekawa jestem czy ten trend dotarł już do Polski, może są jakieś eventy z Mikołajami w sklepach zoologicznych? My kontunuujemy naszą tradycję już trzeci rok i przyszłych latach nie planujemy tego zmieniać (myślę jednak, że liczba zwierzaków bedzie się jedynie zwiększać 😅 ).
Read More

Jak się leci Dreamlinerem?

lot.com




Zbliżają się święta, czyli dla wielu osób czas podróży, więc postanowiłam podzielić się moimi wrażeniami z lotu Dreamlinerem. Podróżowałam na trasie Warszawa-Chicago i co prawda było to już parę miesięcy temu, ale jesli chodzi o wystój wnętrz itp. to myślę, że niewiele w tej materii się zmieniło w Boeingu 787 😅

W tej chwili LOT posiada 8 Dreamlinerów i wykorzystywany jest głównie do lotów długodystansowych. Jeśli lecicie do Chicago, Nowego Jorku, Toronto, Pekinu lub Tokio to najprawdopodobniej traficie na ten właśnie samolot. Lot do Polski trwał 9 godzin (lot nocny), powrotny do Stanów 9h 40min.


Pierwsze do rzuca się w oczy w Dreamlinerze to okna, które są większe niż w innych samolotach. Ich rozmiar jest porównywalny z wielkością bagażu podręcznego. Fajna jest też opcja przyciemniania szyb:








                                                                                                                                               
Z przodu standardowy monitor, fajnym dodatkiem jest pilot i wejście usb:





















Dreamliner ma też podobno silniki, których poziom hałasu zmniejszony jest o 60%. Piszę "podobno" bo ja nie zauważyłam 😂 Może osoby, które dużo latają słyszą różnicę, ale ja mam chyba za małe porównanie latając 1-2 razy w roku.

Jak zwykle na długich dystansach dostaniemy też 
koc oraz słuchawki. I tu zawsze mnie zastanawia, czy ktoś te koce potem pierze czy linie lotnicze po prostu je wyrzuacają? 😎




                                                                                                                                         
Nasz lot do Polski był chyba wykupiony do ostatniego miejsca, ale gdzy wracaliśmy tydzień później to sporo miejsc było już wolnych. W takich wypadkach zazwyczaj obsługa zgadza się, żeby zmienić nasze przypisane miejsce. My tym sposobem dorwaliśmy miejscówki przy oknie i mieliśmy trzy fotele do wykorzystania na dwie osoby (co zdecydowanie ułatwiło nam spanie 😃 ) Wszystkie Dreamlinery, którymi dysponuje Lot mają w klasie ekonomicznej 213 miejsc w układzie siedzeń 3-3-3. W praktyce wygląda to tak:





                                                                                                                                   
Kolejne zasadnicze pytanie to jak karmią w Locie? Prawie 10 godzin, wiadomo, jeść coś trzeba. To była moja pierwsza długodystansowa podróż Lotem, wcześniej leciałam nim na krótkich częściach lotu łączonego i zdaje się, że dali wtedy nam batonika (całkiem możliwe, że wafelek Prince Polo 😄) i może też do tego była kanapka? (Ale za tę kanapkę to ręki nie dam sobie uciąć). 


Mając porównianie z Air France i Lufthansą (i amerykańskich liniami, które zazwyczaj dają tylko przekąski....) stwierdzam - w Locie nie jest źle 😄. Nasze posiłki prezentowały się tak:





Jak zawsze przy podróży do Stanów obsługa rozdawała też deklaracje celne. Jeśli podróżujecie do USA i wzieliście z Polski jedzenie to celnicy mogą wam je odebrać lub przeprowadzić bardzo dokładną kontrolę bagażu. Gdy leciałam na Work&Travel i wzięłam kilka zupek chińskich (na początku jeść coś trzeba a nie wiadomo jak daleko jest najbliższy Walmart 😖) to właśnie załapałam się na taką kontrolę. Pani celnik długo analizowała skład wwożonych przeze mnie zupek i w końcu oznajmiła, że nie stanowią zagrożenia dla miejscowej ludności i środowiska 😃 Jesli chodzi o walutę to przewozić można do 10 tys. dolarów. 




W samolocie można też było nabyć różne suweniry. Nie sprawdzaliśmy czy faktycznie były tańsze niż w Polsce lub w Stanach, ale parę osób coś kupiło. Nam najbardziej zapadła w pamięć nie najmłodsza zakonnica, która wydała sporą sumę na perfumy 😅


Niewątpliwie plusem wyboru Lotu była możliwość obejrzenia polskich filmów i seriali, które nie są łatwo dostępne w USA. Według mnie wybór był przyzwoity, ja obejrzałam film Bogowie, sporo osób oglądało Wszystko co kocham.


Na koniec podróży LOT pożegnał nas podziękowaniami na ekranie a za oknem ukazała się panorama Chicago, która mnie osobiście wgniotła w fotel (szkoda, że zdjęcie dobrze nie pokazuje linii wieżowców).




A potem pozostało nam już tylko zapakować się w nasz samochód i spędzić ponad 5 godzin w otoczeniu pól kukurydzy zanim dotarliśmy do Iowa 😅






Read More

10 rzeczy, które zaskoczyły mnie w USA





W zamierzchłych czasach, czyli roku 2011, prowadziałam serię Randomalnych ciekawostek gdzie bez ładu i składu pisałam o rzeczach, które zaskoczyły mnie w Stanach 😊. Wiele z nich naturalnie była związana z życiem studenckim. Myślę, że fajnie będzie kontytuować tę serię, poszerzając ją oczywiście o bardziej zróżnicowaną tematykę 😊 Zapraszam więc dziś na 10 (kolejnych ) rzeczy, które zaskoczyły mnie w USA.


1. Zmiana czasu


Mieszkając w Polsce oczywiście głębiej się nad tym nie zastanawiałam, ale gdyby mnie ktoś zapytał to pewnie powiedziałabym, że czas na letni/zimowy zmienia się wszędzie tego samego dnia. Nic bardziej mylnego J W Stanach zmieniamy czas zazwyczaj tydzień lub dwa po tym gdy Polacy przestawili zegarki. 

Więc różnica między Polską a np. Nowym Jorkiem to normalnie 6 godzin, ale przez te dwa tygodnie będzie to 5 godzin. Warto to sprawdzić jeśli wybieracie się do Stanów jesienią lub wiosną i bukujecie bilety w okolicach zmiany czasu.


2. Nikt nie ubiera się „na galowo”

Oczywiście chodzi mi o uczniów/studentów. Pierwszy dzień szkoły? Po co tracić czas na apele, są normalne lekcje, każdy przychodzi z plecakiem, w dżinsach i bluzie. Podobnie zakończenie roku. Nawet świadectw nie rozdają. Rodzic może sobie wziąć ze szkoły „Report card” czyli spis ocen wydrukowany ze szkolnego systemu, gdzie czasem jeszcze nauczyciel dopisze odręcznie „Have a great summer!” ("udanych wakacji").

Podobnie studenci, o czym już kiedyś wspominałam, nie stroją się na egzaminy, a oficjalna inauguracja roku w niczym nie przypomina naszej. Wszystko na luzie, zgodnie z zasadą, że ważne co ma się w głowie.





3. Religijność

Śmiem twierdzić, że Amerykanie są bardziej religijni od Polaków a przynajmniej chętniej o tym mówią. Większość Amerykanów wyznaje jakiś odłam chrześcijaństwa, ale jest tego tyle, że czasem ciężko się połapać jakie są między nimi różnice. Bardzo często można jednak usłyszeć od znajomych, że chodzą na „Bible study” albo należą do jakiejś kościelnej grupy. I nie są to osoby w wieku 60+. Kościoły (szczególnie te odłamy baptystyczne) to w ogóle często miejsce spotkań towarzyskich, gdzie można sobie przyjść i pogadać, niekoniecznie na tematy religijne.

Ach, no i prawie zawsze w szafce nocnej w pokoju hotelowym znajdziecie Biblię 😄


4. Numery kierunkowe… w telefonach komórkowych


Sprawa numerów kierunkowych w komórkach to koncept dla mnie wciąż niezrozumiały. Gdybym teraz kupiła komórkę oraz założyła sobie telefon stacjonarny to oba zaczynałyby się od 919 bo taki jest u nas „area code”. Ja swój telefon kupiłam jednak w Iowa gdzie kierunkowy był 515, więc podając gdziekolwiek w Północnej Karolinie mój numer wszyscy wiedzą, że nie jestem stąd. 

Mi nie robi to różnicy, ale są zawody, gdzie warto zmienić numer służbowej komórki na „lokalny” bo lepiej się będzie kojarzył klientom. Przykład? Mam znajomego, który pracuje w nieruchomościach, przeprowadził się do innego stanu, ale dalej pracuje dla tej samej firmy. Zmienił jednak numer służbowej komórki bo dla klientów był mało wiarygodny jako ekspert od lokalnego rynku nieruchomości w Północnej Karolinie z telefonem kontaktowym z Teksasu.


5. Kropki, przecinki i inne matematyczne cuda
Zapis liczb po amerykańsku jest inny niż po polsku (a niby matematyka wszędzie taka sama…. 😉). Ogólnie zasada jest taka, że tam gdzie u nas kropka to u nich przecinek i na odwrót. Niby proste do zapamiętania, ale wciąż zdarza mi się pisać polskim sposobem nawet nie zauważając, że dla Amerykanów to zupełnie inna liczba. Już nie wspominając o czytaniu tego na głos. Jakie tysiąc dwieście, Amerykanin powie „12 setek” 😂

Parę lat temu, gdy nie do końca ogarniałam ten sposob czytania liczb, poszłam do banku i mówię do pani, że chce zrobić przelew na dwa tysiące. Pani dziwnie na mnie patrzy i mówi „Aha, to będzie 20 setek”. Ja na nią dziwnie patrzę i mówię „No… 2 tysiące” 😌 Chyba i tak do końca nie ogarnęła bo i tak źle wysłała 😪

6. Ale jak to papier jest w innym formacie?


Amerykańskie kartki papieru są trochę bardziej kwadratowe niż te, które mamy w Polsce. Także polskie segregatory czy teczki na dokumenty do niczego się tu nie przydadzą bo te kartki się tam po prostu nie zmieszczą (są szersze). 

Ja mam oczywiście tutaj zarówno moje polskie jak i amerykańskie dokumenty (typu dyplomy ukończenia studiów, papiery imigracyjne itd.), więc muszę mieć dla nich osobne teczki/koszulki itp.


7. Brak grzejników
Nie jest to regułą, ale większość amerykańskich mieszkań i domów nie posiada grzejników na ścianach (a jeśli to starsze budownictwo to czasem są, ale w podłodze). Do tej pory każde wynajmowane przez nas mieszkanie miało wspólny system klimatyzacji i ogrzewania co oznacza, że w zależności od ustawienia, ciepłe lub zimne powietrze było nawiewane przez kratkę w ścianie.

Opowiadałam ostatnio Zackowi o wspaniałym wynalazku, jakim jest kaloryfer łazienkowy. Oczywiście wspomniałam, że chciałabym taki mieć w naszym przyszłym domu bo przecież super by się sprawdził (amerykańskie łazienki szybko łapią grzyba – zazwyczaj nie mają okien, wentylacja, która jest, tak naprawdę nie jest wystarczająca, szczególnie przy wilgotnym klimacie, więc nasze ręczniki baaaardzo wolno schną jeśli są powieszone w łazience). Na co on odpowiada – ale… to przecież cała konstrukcja domu musiałaby być inna. Więc…. chyba nie będziemy mieć grzejnika 😔

8.Obrzezanie chłopców
To dość ciężki i kontrowersyjny temat. Właściwie nikt o tym głośno nie mówi, ale prawie wszyscy rodzice fundują to swoim synom bo „przecież moi rodzice też tak zrobili, a poza tym to lepsze dla zdrowia”. I tak, mówię o większości Amerykanów, a nie o mniejszości żydowskiej. W latach ‘70 obrzezanych było ponad 90% noworodków płci męskiej, w latach ‘80 ponad 80%. Teraz to się trochę zmieniło, szczególnie w stanach z większym napływem imigrantów. W 2009 roku dane prezentowały się tak:



Jest to dla mnie temat szokujący bo funduje się to noworodkom, czasem bez znieczulenia (w ostatnich latach i tak nastąpił progres, kiedyś wszystkie zabiegi obrzezania odbywały się bez znieczulenia…), a jeśli ktoś ma mocne nerwy to może znaleźć w Internecie grafikę prezentującą noworodka podczas zabiegu - dziecko przywiązane jest do stołu operacyjnego (bo przecież trzeba to jakoś zorganizować, żeby się nie ruszało jak go kroją na żywca…). 

Ba, to jeszcze nie wszystko, w przypadku obrzezania w rytualne żydowskim osoba przeprowadzająca zabieg ma też za zadanie ssać wypływającą krew. Jak pomyślę, że to wszystko jest legalne w 21 wieku to aż mi się słabo robi. Już nie wspominając o przypadkach gdzie dziecko tą drogą zostało zarażone różnymi chorobami, zazwyczaj opryszczką.

Mam też wrażenie, że spora część rodziców zapomina, że jest to jednak operacja a nie zabieg kosmetyczny i coś może pójść nie tak. Znany jest przypadek gdy właśnie przez to, że coś się nie udało, rodzice oraz lekarz zdecydowali się przerobić chłopca na dziewczynkę. Chłopiec jednak dziewczynką być nie chciał, po latach wrócił do swojej naturalnej płci, jednak przypłacił to depresją i samobójstwem.

Obecnie działają w Stanach organizacje, które zwracają uwagę na to, że modyfikacja narządów płciowych pacjenta bez jego zgody oraz bez wskazań medycznych to naruszanie praw człowieka.


9. Znieczulenie u stomatologa
Pozostając w klimatach medycznych – wizyta u stomatologa. To jest zawsze cyrk jak idę na borowanie i mówię, że poproszę bez znieczulenia (krótkie wyjaśnienie - kiedyś zdarzyło się, że znieczulenie poszło mi za blisko nerwu i przez parę tygodni nie czułam języka, moja stomatolog powiedziała, że zdarza się, że ludziom tak zostaje do końca życia, więc ja za znieczulenie zazwyczaj dziękuję, z resztą mam wysoki próg bólu i te kilka minut borowania wytrzymuje bez dużego cierpienia J)

W Polsce gdy mówiłam, że robimy bez znieczulenia to raczej spotykałam się z reakcją „ok, spoko”. Tutaj pytają po 10 razy czy jestem pewna i czy dam radę (swoją drogą szokuje mnie ten kontrast, że tyle razy się upewniają w przypadku głupiego borowania a tymi noworodkami z akapitu wyżej jakoś nikt się nie przyjmuje...).

Co więcej tutejsi lekarze stosują zazwyczaj znieczulenie ogólne do wyrywania ósemek. Muszę podpytać mojego stomatologa jaki to ma cel bo przecież przy znieczuleniu miejscowym i jak nie czuje połowy twarzy, a znieczulenie ogólne to jednak większe ryzyko.

10.Specyficznie grubi ludzie


I na koniec coś, co często przywoływane jest jako pierwsze skojarzenie z USA, czyli, że Stany to kraj grubasów. Jednak rozglądając się po moich amerykańskich znajomych większość ludzi wygląda tak jak w Polsce - są osoby szczupłe, ale sporo osób (szczególnie po 40stce) posiada oponkę/brzuch piwny. 

To co mnie zaskoczyło w Stanach, to osoby bardzo otyłe ze specyficznym rozmieszczeniem tkanki tłuszczowej. Wiem, brzmi dziwnie, ale już tłumaczę. Jeśli w Polsce widzi się osobę otyłą to zazwyczaj jest ona po prostu gruba, tak całościowo. W USA natomiast widuję osoby otyłe, które mają dość szczupłe przedramiona i łydki, natomiast cała reszta jest o 5 rozmiarów większa. 

Patrzysz na przykład na czyjeś przedramię, które jest ok a potem nagle ramię zamienia się w taki balon. Do tej pory nie wiem co powoduje u niektórych ludzi taką dystrybucję tłuszczu, domyślam się, że dieta (w tym hormony i stubstancje konserwujące, które nieraz zakazane są w krajach europejskich).
                             
                                               __________________________

Jeśli byliście w USA to czy któryś z powyższych punktów pokrywa się z waszymi obserwacjami? Moich zaskoczeń było tyle, ze pewnie dodam jeszcze w przyszłości kolejne posty w tej tematyce. Tak naprawdę im dłużej tu mieszkam, tym dziwniejszych rzeczy się dowiaduję J
Read More

Nauczanie domowe w USA




Kontynuując moje edukacyjne wywody dziś coś na temat homeschooling czyli nauczania domowego. Rozwiązanie dość popularne w Stanach i wciąż mało popularne w Polsce. 

Problem z informacjami dotyczącymi nauczania domowego w Stanach jest taki, że każdy stan ma swoje własne regulacje i ciężko to potem przełożyć na statystyki wglądem całego kraju. W niektórych stanach (Alaska, Connecticut, Idaho, Illinois, Iowa, Indiana, Michigan, Missouri, New Jersey, Oklahoma i Texas) nie jest wymagane nawet zgłoszenie do kuratorium, że rozpoczyna się homeschooling. Więc nawet dane ile dzieci jest uczonych w domu są szacunkowe.

Najjaśniejsze pola - stany, które nie wymagają rejestracji nauczania domowego
https://projects.propublica.org/graphics/homeschool


Jakie regulacje najbardziej różnią się między stanami? Na przykład popularny ostatnio temat szczepień. W większość stanów można zapisać dziecko do szkoły publicznej mówiąc, że nie szczepi się z powodów religijnych i nie trzeba żadnych zaświadczeń od księdza itd. Rodzice często dają odręcznie napisane oświadczenie, coś w stylu „Trzymamy się zasad, które nakazał nam Bóg, a On powiedział, żeby nie szczepić” (serio, widzę takie często u siebie w pracy).

Jednak są stany, które mają bardziej surowe zasady. W Michigan oprócz napisania oświadczenia rodzice muszą obowiązkowo przejść szkolenie dotyczące tego jak działają szczepionki, jakie są zagrożenia związane z nieszczepieniem itd. Natomiast szkoły w Kalifornii, Mississippi i Zachodniej Wirginii w ogóle nie akceptują zaświadczeń od rodziców. Jedynym wyjątkiem na jaki pozwalają to nie szczepienie ze względów medycznych i potrzebny jest tu papier od lekarza. Więc jako rodzic albo  zmienisz/nagniesz swój światopogląd i zaszczepisz dzieciaka, albo musisz go sam uczyć w domu.



Religia to właśnie jeden z głównych motywatorów do rozpoczęcia homeschoolingu. W USA jest dużo większa różnorodność religijna niż w Polsce i jest tu też dużo więcej ekstremistów, którzy np. traktują Biblię dosłownie. Ucząc dziecko w domu, w pełni kontrolują przekazywane mu treści jak na przykład, że Ziemia liczy sobie 10 tys. lat, a ewolucja to ściema 😞

I tak, program nauczania można w sumie układać według własnego uznania. Są gotowce w Internecie, ale tak naprawdę często rodzice mają wolną rękę. W pracy zdarza się, że widzę dokumenty dziecka, które było wcześniej uczone przez rodziców, więc muszą nam napisać co właściwie z nim przerobili. Jako program nauczania wpisują „various sources” („różne źródła”, czyli właściwie co? 😏), albo "nie pamiętam" lub (to mój hit wypatrzony ostatnio) "okładka odpadła, więc nie wiem"...

Około połowa stanów teoretycznie wymaga, żeby określone przedmioty były nauczane, ale… w większości z nikt nie sprawdza czy faktycznie są.

Jasny kolor - stany, które nie mają regulacji jakie przedmioty muszą być nauczane
https://projects.propublica.org/graphics/homeschool







Czyli kto sprawdza czego dziecko się nauczyło?
Często jest to rodzic, który jest jednocześnie nauczycielem, jednoosobową komisją podczas pisemnych egzaminów (odbywających się w domu) oraz egzaminatorem i osobą promującą ucznia do kolejnej klasy. Bardzo obiektywne 😅 Zresztą, większość stanów nie wymaga jakichkolwiek egzaminów.

Jakie kwalifikacje musi mieć rodzic, żeby uczyć dziecko? Zazwyczaj żadnych. Tylko 10 stanów wymaga od rodzica ukończenia szkoły średniej. W pozostałych można nawet nie skończyć podstawówki i dalej mieć prawo uczyć swoje dziecko.

Tylko dwa stany posiadają regulacje dotyczące kryminalnej przeszłości rodzica lub pozostałych domowników. W Pensylwanii rodzic, który wszedł w konflikt z prawem może dostać zakaz homeschoolingu do 5 lat. 

Natomiast stan Arkansas zakazuje, żeby w domu, gdzie będzie nauczane dziecko mieszkał pedofil. Ale, ale… rodzic może napisać petycję, żeby zniesiono względem ich rodziny to wymaganie. I to jest coś czego w ogóle nie mogę ogarnąć.



Mam wrażenie, że jak na razie z tego opisu wyłania się dość przygnębiający obraz nauczania domowego. Jednak badanie przeprowadzone w 2008 roku pokazało, że dzieci nauczane w domu osiągają średnio 37% lepsze wyniki niż dzieci z tradycyjnych szkół. Nie wszyscy uczniowie są przecież uczeni przez rodziców. Część rodziców wynajmuje tutorów/prywatnych nauczycieli przynajmniej do części przedmiotów.

Poza tym część dzieciaków nie bardzo ma inną opcję niż przejść na homeschooling. W USA obowiązuje rejonizacja, więc jeśli z jakichś powodów uczeń nie chce chodzić do przypisanej mu szkoły (np. ze względu na dręczenie przez innych uczniów) to ma wybór albo zapisać się do szkoły prywatnej (która jest płatna i zazwyczaj czesne jest dość wysokie, więc nie wszystkich stać) albo zapisać się do publicznej szkoły wirtualnej (o ile ich stan zaaprobował takie rozwiązanie i o ile ta szkoła ma jeszcze wolne miejsca bo zazwyczaj są one limitowane przez stan) albo wybrać najprostszą i najtańszą opcję czyli nauczanie domowe (uczyć może np. babcia, jeśli rodzic nie chce rezygnować z pracy).

Homeschooling sprawdza się też w przypadku dzieci z niektórymi niepełnosprawnościami (chociaż amerykańskie szkoły są zazwyczaj duuuużo lepiej dostosowane do np. osób poruszających się na wózkach niż szkoły polskie), działa też dobrze w przypadku młodych sportowców, którzy ciągle jeżdżą na zawody i treningi.



Także jak wszystko ma to swoje plusy i minusy, chociaż, ja wprowadziłabym trochę więcej regulacji bądź uszczelniła te, które są teraz. I na koniec taka ciekawostka z sąsiedniego podwórka – wiedzieliście, że w Niemczech homeschooling jest zakazany i w 2007 roku został uznany za jeden ze sposobów znęcania się nad dziećmi? Spróbujcie zaproponować coś podobnego Amerykanom, po takim wyroku na bank byłyby protesty o odbieranie obywatelom ich praw a za chwilę Sąd Najwyższy ogłosiłby, że to niekonstytucyjne 😇
Read More
Obsługiwane przez usługę Blogger.

© Copyright usasrusa