10 rzeczy, które zaskoczyły mnie w USA





W zamierzchłych czasach, czyli roku 2011, prowadziałam serię Randomalnych ciekawostek gdzie bez ładu i składu pisałam o rzeczach, które zaskoczyły mnie w Stanach 😊. Wiele z nich naturalnie była związana z życiem studenckim. Myślę, że fajnie będzie kontytuować tę serię, poszerzając ją oczywiście o bardziej zróżnicowaną tematykę 😊 Zapraszam więc dziś na 10 (kolejnych ) rzeczy, które zaskoczyły mnie w USA.


1. Zmiana czasu


Mieszkając w Polsce oczywiście głębiej się nad tym nie zastanawiałam, ale gdyby mnie ktoś zapytał to pewnie powiedziałabym, że czas na letni/zimowy zmienia się wszędzie tego samego dnia. Nic bardziej mylnego J W Stanach zmieniamy czas zazwyczaj tydzień lub dwa po tym gdy Polacy przestawili zegarki. 

Więc różnica między Polską a np. Nowym Jorkiem to normalnie 6 godzin, ale przez te dwa tygodnie będzie to 5 godzin. Warto to sprawdzić jeśli wybieracie się do Stanów jesienią lub wiosną i bukujecie bilety w okolicach zmiany czasu.


2. Nikt nie ubiera się „na galowo”

Oczywiście chodzi mi o uczniów/studentów. Pierwszy dzień szkoły? Po co tracić czas na apele, są normalne lekcje, każdy przychodzi z plecakiem, w dżinsach i bluzie. Podobnie zakończenie roku. Nawet świadectw nie rozdają. Rodzic może sobie wziąć ze szkoły „Report card” czyli spis ocen wydrukowany ze szkolnego systemu, gdzie czasem jeszcze nauczyciel dopisze odręcznie „Have a great summer!” ("udanych wakacji").

Podobnie studenci, o czym już kiedyś wspominałam, nie stroją się na egzaminy, a oficjalna inauguracja roku w niczym nie przypomina naszej. Wszystko na luzie, zgodnie z zasadą, że ważne co ma się w głowie.





3. Religijność

Śmiem twierdzić, że Amerykanie są bardziej religijni od Polaków a przynajmniej chętniej o tym mówią. Większość Amerykanów wyznaje jakiś odłam chrześcijaństwa, ale jest tego tyle, że czasem ciężko się połapać jakie są między nimi różnice. Bardzo często można jednak usłyszeć od znajomych, że chodzą na „Bible study” albo należą do jakiejś kościelnej grupy. I nie są to osoby w wieku 60+. Kościoły (szczególnie te odłamy baptystyczne) to w ogóle często miejsce spotkań towarzyskich, gdzie można sobie przyjść i pogadać, niekoniecznie na tematy religijne.

Ach, no i prawie zawsze w szafce nocnej w pokoju hotelowym znajdziecie Biblię 😄


4. Numery kierunkowe… w telefonach komórkowych


Sprawa numerów kierunkowych w komórkach to koncept dla mnie wciąż niezrozumiały. Gdybym teraz kupiła komórkę oraz założyła sobie telefon stacjonarny to oba zaczynałyby się od 919 bo taki jest u nas „area code”. Ja swój telefon kupiłam jednak w Iowa gdzie kierunkowy był 515, więc podając gdziekolwiek w Północnej Karolinie mój numer wszyscy wiedzą, że nie jestem stąd. 

Mi nie robi to różnicy, ale są zawody, gdzie warto zmienić numer służbowej komórki na „lokalny” bo lepiej się będzie kojarzył klientom. Przykład? Mam znajomego, który pracuje w nieruchomościach, przeprowadził się do innego stanu, ale dalej pracuje dla tej samej firmy. Zmienił jednak numer służbowej komórki bo dla klientów był mało wiarygodny jako ekspert od lokalnego rynku nieruchomości w Północnej Karolinie z telefonem kontaktowym z Teksasu.


5. Kropki, przecinki i inne matematyczne cuda
Zapis liczb po amerykańsku jest inny niż po polsku (a niby matematyka wszędzie taka sama…. 😉). Ogólnie zasada jest taka, że tam gdzie u nas kropka to u nich przecinek i na odwrót. Niby proste do zapamiętania, ale wciąż zdarza mi się pisać polskim sposobem nawet nie zauważając, że dla Amerykanów to zupełnie inna liczba. Już nie wspominając o czytaniu tego na głos. Jakie tysiąc dwieście, Amerykanin powie „12 setek” 😂

Parę lat temu, gdy nie do końca ogarniałam ten sposob czytania liczb, poszłam do banku i mówię do pani, że chce zrobić przelew na dwa tysiące. Pani dziwnie na mnie patrzy i mówi „Aha, to będzie 20 setek”. Ja na nią dziwnie patrzę i mówię „No… 2 tysiące” 😌 Chyba i tak do końca nie ogarnęła bo i tak źle wysłała 😪

6. Ale jak to papier jest w innym formacie?


Amerykańskie kartki papieru są trochę bardziej kwadratowe niż te, które mamy w Polsce. Także polskie segregatory czy teczki na dokumenty do niczego się tu nie przydadzą bo te kartki się tam po prostu nie zmieszczą (są szersze). 

Ja mam oczywiście tutaj zarówno moje polskie jak i amerykańskie dokumenty (typu dyplomy ukończenia studiów, papiery imigracyjne itd.), więc muszę mieć dla nich osobne teczki/koszulki itp.


7. Brak grzejników
Nie jest to regułą, ale większość amerykańskich mieszkań i domów nie posiada grzejników na ścianach (a jeśli to starsze budownictwo to czasem są, ale w podłodze). Do tej pory każde wynajmowane przez nas mieszkanie miało wspólny system klimatyzacji i ogrzewania co oznacza, że w zależności od ustawienia, ciepłe lub zimne powietrze było nawiewane przez kratkę w ścianie.

Opowiadałam ostatnio Zackowi o wspaniałym wynalazku, jakim jest kaloryfer łazienkowy. Oczywiście wspomniałam, że chciałabym taki mieć w naszym przyszłym domu bo przecież super by się sprawdził (amerykańskie łazienki szybko łapią grzyba – zazwyczaj nie mają okien, wentylacja, która jest, tak naprawdę nie jest wystarczająca, szczególnie przy wilgotnym klimacie, więc nasze ręczniki baaaardzo wolno schną jeśli są powieszone w łazience). Na co on odpowiada – ale… to przecież cała konstrukcja domu musiałaby być inna. Więc…. chyba nie będziemy mieć grzejnika 😔

8.Obrzezanie chłopców
To dość ciężki i kontrowersyjny temat. Właściwie nikt o tym głośno nie mówi, ale prawie wszyscy rodzice fundują to swoim synom bo „przecież moi rodzice też tak zrobili, a poza tym to lepsze dla zdrowia”. I tak, mówię o większości Amerykanów, a nie o mniejszości żydowskiej. W latach ‘70 obrzezanych było ponad 90% noworodków płci męskiej, w latach ‘80 ponad 80%. Teraz to się trochę zmieniło, szczególnie w stanach z większym napływem imigrantów. W 2009 roku dane prezentowały się tak:



Jest to dla mnie temat szokujący bo funduje się to noworodkom, czasem bez znieczulenia (w ostatnich latach i tak nastąpił progres, kiedyś wszystkie zabiegi obrzezania odbywały się bez znieczulenia…), a jeśli ktoś ma mocne nerwy to może znaleźć w Internecie grafikę prezentującą noworodka podczas zabiegu - dziecko przywiązane jest do stołu operacyjnego (bo przecież trzeba to jakoś zorganizować, żeby się nie ruszało jak go kroją na żywca…). 

Ba, to jeszcze nie wszystko, w przypadku obrzezania w rytualne żydowskim osoba przeprowadzająca zabieg ma też za zadanie ssać wypływającą krew. Jak pomyślę, że to wszystko jest legalne w 21 wieku to aż mi się słabo robi. Już nie wspominając o przypadkach gdzie dziecko tą drogą zostało zarażone różnymi chorobami, zazwyczaj opryszczką.

Mam też wrażenie, że spora część rodziców zapomina, że jest to jednak operacja a nie zabieg kosmetyczny i coś może pójść nie tak. Znany jest przypadek gdy właśnie przez to, że coś się nie udało, rodzice oraz lekarz zdecydowali się przerobić chłopca na dziewczynkę. Chłopiec jednak dziewczynką być nie chciał, po latach wrócił do swojej naturalnej płci, jednak przypłacił to depresją i samobójstwem.

Obecnie działają w Stanach organizacje, które zwracają uwagę na to, że modyfikacja narządów płciowych pacjenta bez jego zgody oraz bez wskazań medycznych to naruszanie praw człowieka.


9. Znieczulenie u stomatologa
Pozostając w klimatach medycznych – wizyta u stomatologa. To jest zawsze cyrk jak idę na borowanie i mówię, że poproszę bez znieczulenia (krótkie wyjaśnienie - kiedyś zdarzyło się, że znieczulenie poszło mi za blisko nerwu i przez parę tygodni nie czułam języka, moja stomatolog powiedziała, że zdarza się, że ludziom tak zostaje do końca życia, więc ja za znieczulenie zazwyczaj dziękuję, z resztą mam wysoki próg bólu i te kilka minut borowania wytrzymuje bez dużego cierpienia J)

W Polsce gdy mówiłam, że robimy bez znieczulenia to raczej spotykałam się z reakcją „ok, spoko”. Tutaj pytają po 10 razy czy jestem pewna i czy dam radę (swoją drogą szokuje mnie ten kontrast, że tyle razy się upewniają w przypadku głupiego borowania a tymi noworodkami z akapitu wyżej jakoś nikt się nie przyjmuje...).

Co więcej tutejsi lekarze stosują zazwyczaj znieczulenie ogólne do wyrywania ósemek. Muszę podpytać mojego stomatologa jaki to ma cel bo przecież przy znieczuleniu miejscowym i jak nie czuje połowy twarzy, a znieczulenie ogólne to jednak większe ryzyko.

10.Specyficznie grubi ludzie


I na koniec coś, co często przywoływane jest jako pierwsze skojarzenie z USA, czyli, że Stany to kraj grubasów. Jednak rozglądając się po moich amerykańskich znajomych większość ludzi wygląda tak jak w Polsce - są osoby szczupłe, ale sporo osób (szczególnie po 40stce) posiada oponkę/brzuch piwny. 

To co mnie zaskoczyło w Stanach, to osoby bardzo otyłe ze specyficznym rozmieszczeniem tkanki tłuszczowej. Wiem, brzmi dziwnie, ale już tłumaczę. Jeśli w Polsce widzi się osobę otyłą to zazwyczaj jest ona po prostu gruba, tak całościowo. W USA natomiast widuję osoby otyłe, które mają dość szczupłe przedramiona i łydki, natomiast cała reszta jest o 5 rozmiarów większa. 

Patrzysz na przykład na czyjeś przedramię, które jest ok a potem nagle ramię zamienia się w taki balon. Do tej pory nie wiem co powoduje u niektórych ludzi taką dystrybucję tłuszczu, domyślam się, że dieta (w tym hormony i stubstancje konserwujące, które nieraz zakazane są w krajach europejskich).
                             
                                               __________________________

Jeśli byliście w USA to czy któryś z powyższych punktów pokrywa się z waszymi obserwacjami? Moich zaskoczeń było tyle, ze pewnie dodam jeszcze w przyszłości kolejne posty w tej tematyce. Tak naprawdę im dłużej tu mieszkam, tym dziwniejszych rzeczy się dowiaduję J
Read More

Nauczanie domowe w USA




Kontynuując moje edukacyjne wywody dziś coś na temat homeschooling czyli nauczania domowego. Rozwiązanie dość popularne w Stanach i wciąż mało popularne w Polsce. 

Problem z informacjami dotyczącymi nauczania domowego w Stanach jest taki, że każdy stan ma swoje własne regulacje i ciężko to potem przełożyć na statystyki wglądem całego kraju. W niektórych stanach (Alaska, Connecticut, Idaho, Illinois, Iowa, Indiana, Michigan, Missouri, New Jersey, Oklahoma i Texas) nie jest wymagane nawet zgłoszenie do kuratorium, że rozpoczyna się homeschooling. Więc nawet dane ile dzieci jest uczonych w domu są szacunkowe.

Najjaśniejsze pola - stany, które nie wymagają rejestracji nauczania domowego
https://projects.propublica.org/graphics/homeschool


Jakie regulacje najbardziej różnią się między stanami? Na przykład popularny ostatnio temat szczepień. W większość stanów można zapisać dziecko do szkoły publicznej mówiąc, że nie szczepi się z powodów religijnych i nie trzeba żadnych zaświadczeń od księdza itd. Rodzice często dają odręcznie napisane oświadczenie, coś w stylu „Trzymamy się zasad, które nakazał nam Bóg, a On powiedział, żeby nie szczepić” (serio, widzę takie często u siebie w pracy).

Jednak są stany, które mają bardziej surowe zasady. W Michigan oprócz napisania oświadczenia rodzice muszą obowiązkowo przejść szkolenie dotyczące tego jak działają szczepionki, jakie są zagrożenia związane z nieszczepieniem itd. Natomiast szkoły w Kalifornii, Mississippi i Zachodniej Wirginii w ogóle nie akceptują zaświadczeń od rodziców. Jedynym wyjątkiem na jaki pozwalają to nie szczepienie ze względów medycznych i potrzebny jest tu papier od lekarza. Więc jako rodzic albo  zmienisz/nagniesz swój światopogląd i zaszczepisz dzieciaka, albo musisz go sam uczyć w domu.



Religia to właśnie jeden z głównych motywatorów do rozpoczęcia homeschoolingu. W USA jest dużo większa różnorodność religijna niż w Polsce i jest tu też dużo więcej ekstremistów, którzy np. traktują Biblię dosłownie. Ucząc dziecko w domu, w pełni kontrolują przekazywane mu treści jak na przykład, że Ziemia liczy sobie 10 tys. lat, a ewolucja to ściema 😞

I tak, program nauczania można w sumie układać według własnego uznania. Są gotowce w Internecie, ale tak naprawdę często rodzice mają wolną rękę. W pracy zdarza się, że widzę dokumenty dziecka, które było wcześniej uczone przez rodziców, więc muszą nam napisać co właściwie z nim przerobili. Jako program nauczania wpisują „various sources” („różne źródła”, czyli właściwie co? 😏), albo "nie pamiętam" lub (to mój hit wypatrzony ostatnio) "okładka odpadła, więc nie wiem"...

Około połowa stanów teoretycznie wymaga, żeby określone przedmioty były nauczane, ale… w większości z nikt nie sprawdza czy faktycznie są.

Jasny kolor - stany, które nie mają regulacji jakie przedmioty muszą być nauczane
https://projects.propublica.org/graphics/homeschool







Czyli kto sprawdza czego dziecko się nauczyło?
Często jest to rodzic, który jest jednocześnie nauczycielem, jednoosobową komisją podczas pisemnych egzaminów (odbywających się w domu) oraz egzaminatorem i osobą promującą ucznia do kolejnej klasy. Bardzo obiektywne 😅 Zresztą, większość stanów nie wymaga jakichkolwiek egzaminów.

Jakie kwalifikacje musi mieć rodzic, żeby uczyć dziecko? Zazwyczaj żadnych. Tylko 10 stanów wymaga od rodzica ukończenia szkoły średniej. W pozostałych można nawet nie skończyć podstawówki i dalej mieć prawo uczyć swoje dziecko.

Tylko dwa stany posiadają regulacje dotyczące kryminalnej przeszłości rodzica lub pozostałych domowników. W Pensylwanii rodzic, który wszedł w konflikt z prawem może dostać zakaz homeschoolingu do 5 lat. 

Natomiast stan Arkansas zakazuje, żeby w domu, gdzie będzie nauczane dziecko mieszkał pedofil. Ale, ale… rodzic może napisać petycję, żeby zniesiono względem ich rodziny to wymaganie. I to jest coś czego w ogóle nie mogę ogarnąć.



Mam wrażenie, że jak na razie z tego opisu wyłania się dość przygnębiający obraz nauczania domowego. Jednak badanie przeprowadzone w 2008 roku pokazało, że dzieci nauczane w domu osiągają średnio 37% lepsze wyniki niż dzieci z tradycyjnych szkół. Nie wszyscy uczniowie są przecież uczeni przez rodziców. Część rodziców wynajmuje tutorów/prywatnych nauczycieli przynajmniej do części przedmiotów.

Poza tym część dzieciaków nie bardzo ma inną opcję niż przejść na homeschooling. W USA obowiązuje rejonizacja, więc jeśli z jakichś powodów uczeń nie chce chodzić do przypisanej mu szkoły (np. ze względu na dręczenie przez innych uczniów) to ma wybór albo zapisać się do szkoły prywatnej (która jest płatna i zazwyczaj czesne jest dość wysokie, więc nie wszystkich stać) albo zapisać się do publicznej szkoły wirtualnej (o ile ich stan zaaprobował takie rozwiązanie i o ile ta szkoła ma jeszcze wolne miejsca bo zazwyczaj są one limitowane przez stan) albo wybrać najprostszą i najtańszą opcję czyli nauczanie domowe (uczyć może np. babcia, jeśli rodzic nie chce rezygnować z pracy).

Homeschooling sprawdza się też w przypadku dzieci z niektórymi niepełnosprawnościami (chociaż amerykańskie szkoły są zazwyczaj duuuużo lepiej dostosowane do np. osób poruszających się na wózkach niż szkoły polskie), działa też dobrze w przypadku młodych sportowców, którzy ciągle jeżdżą na zawody i treningi.



Także jak wszystko ma to swoje plusy i minusy, chociaż, ja wprowadziłabym trochę więcej regulacji bądź uszczelniła te, które są teraz. I na koniec taka ciekawostka z sąsiedniego podwórka – wiedzieliście, że w Niemczech homeschooling jest zakazany i w 2007 roku został uznany za jeden ze sposobów znęcania się nad dziećmi? Spróbujcie zaproponować coś podobnego Amerykanom, po takim wyroku na bank byłyby protesty o odbieranie obywatelom ich praw a za chwilę Sąd Najwyższy ogłosiłby, że to niekonstytucyjne 😇
Read More

Co warto zobaczyć w Waszyngtonie?





Dość rzadko zdarza się, żeby odwiedził mnie ktoś z Polski (czy w ogóle z Europy) więc za każdym razem gdy ktoś przyjeżdża to szalenie mnie to cieszy i ekscytuje. We wrześniu miałam okazję spotkać się z Basią (z którą znamy się z liceum) i poznać jej chłopaka Sławka. Przyjechali co prawda głównie zwiedzać Nowy Jork, ale na szczęście zdecydowali się także na jednodniową wycieczkę do Waszyngtonu. Tak więc spotkaliśmy się w połowie drogi (po ok. 5 godzin jazdy dla nas i dla nich).

Z Nowego Jorku do Waszyngtonu jest bezpośrednie połączenie i są to autokary bardzo podobne do Polskiego Busa. Można oczywiście wybrać też pociąg lub samolot. Busy (rozkład i ceny można sprawdzić tutaj) są jednak najtańsze i chyba najwygodniejsze dla turystów bo odjazd jest z Manhattanu, natomiast dworzec w Waszyngtonie jest usytuowany dosłownie kilka minut piechotą od większości atrakcji turystycznych. Basia i Sławek wybrali opcję, żeby wyjechać z Nowego Jorku wcześnie rano i wracać tego samego dnia ok. 19. Dzięki temu po północy byli już z powrotem u siebie. Dało nam to ok. 6 godzin na zwiedzanie, co powinno być wystarczającą ilością czasu jeśli chce się zobaczyć główne punkty turystyczne.

W odróżnieniu od większości amerykańskich miast, Waszyngton ma większość atrakcji turystycznych usytuowanych blisko siebie i bez problemu można zwiedzać na piechotę. Kolejną fajną rzeczą jest to, że spora część muzeów jest bezpłatna. Należą one do fundacji/ośrodka Smithsonian. My zwiedziliśmy Muzeum Historii Naturalnej (ale nie mieli tam gigantycznego dinozaura, moje największe rozczarowanie wycieczki) i Smithsonian Gardens, a gdy byłam w Waszyngtonie kilka lat temu to zahaczyłam tez o Air and Space Museum. Do Smithsonian należy też lokalne zoo.

Jako, że nie mieliśmy zbyt dużo czasu to skupiliśmy się na najważniejszych atrakcjach turystycznych (w kolejności zwiedzania): Sądzie Najwyższym, Bibliotece Kongresu, Kapitolu, Białym Domu, Pomniku Waszyngtona, Pomniku II Wojny Światowej i zakończyliśmy na Pomniku Lincolna. Na mapce to przedstawia się tak:





Tak to mniej więcej wygląda na żywo. Wszystko wydaje się bardzo blisko, ale chodzenia tak naprawdę jest sporo.


Jako, że sporo jest tam budynków rządowych polecam wziąć paszport, żeby w razie potrzeby można było się wylegitymować. Wydaje mi się, że mennica jest jakim miejscem gdzie nie wejdzie się bez pokazania paszportu (lub prawa jazdy w przypadku Amerykanów). Polski dowód niestety nic Amerykanom nie mówi i właściwie jest w Stanach nieprzydatny. W wielu budynkach jest podobna kontrola jak na lotniskach a na naszym parkingu zastaliśmy informację, że, ze względu na bliskość budynków rządowych, samochody są wyrywkowo przeszukiwane. Nasz na szczęście nie był, z czego się cieszę bo Basia przywiozła od mojej mamy sporo polskich herbat (tutaj z herbat ziołowych znają tylko miętę i rumianek 😉), więc myślę, że ktoś mógłby się przyczepić do tych małych woreczków z nieznaną substancją 😃)

Zwiedzanie zaczęliśmy od Sądu Najwyższego. Jest to tutaj na tyle poważana instytucja, że często ludzie znają nazwiska większości sędziów. Sąd Najwyższy niestety jest zamknięty w weekendy, więc tylko popatrzyliśmy:







Natomiast zaraz obok mamy Bibliotekę Kongresu. Znajduje się tu największy w USA zbiór polskich książek i nawet chcieliśmy sobie wejść do czytelni, ale okazało się, że trzeba mieć  kartę biblioteczną lub mieć legitymację potwierdzającą, że jest się naukowcem. Szkoda tylko czasu, który zmarnowaliśmy szukając wejścia do czytelni bo to był jakiś labirynt. 
A zdjęcia zrobiliśmy z przeszklonego balkoniku.


Czytelnia Biblioteki Kongresu


Budynek Biblioteki jest na tyle długi, że ciężko go ogarnać zwykłym aparatem 😃



Po drugiej stronie ulicy znajduje się Kapitol czyli siedziba Kongresu (amerykańskiego parlamentu). Można zwiedzać, ale nie można wnosić żadnych płynów (tak jak do samolotu, więc nawet butelki z wodą odpadają). Ogólnie jest tam mnóstwo policji, w miejscu gdzie formują turystów w grupki do wejścia krążył pan policjant z pieskiem oraz z największym karabinem jaki kiedykolwiek widzieliśmy. Także nie polecam wykonywać gwałtownych ruchów 😊.

Ciekawostka - w wielu stolicach amerykańskich stanów stoją budynki rządowe wzorowane na Kapitolu. I tak dla przykładu zdjęcie, które wykonałam w Des Moines, stolicy Iowa:










Biały Dom jest natomiast często turystycznym rozczarowaniem bo na żywo wygląda na mniejszy niż się wydaje w relacjach telewizyjnych. Zwiedzać można, nawet za darmo, ale trzeba to sobie zaplanować parę miesięcy do przodu. Polacy muszą zgłosić taką prośbę do Polskiej Ambasady w Waszyngtonie, a Amerykanie do kongresmana ze swojego okręgu. Także my nie weszliśmy....



Budynek Eisenhowera, sąsiaduje z Białym Domem i jest dużo bardziej okazały 😄
Za to trafiliśmy na parę demonstracji (tak, ludzie przychodzą pod dom Trumpa sobie pokrzyczeć, chociaż on tam właściwie nie mieszka i pewnie ma ich gdzieś, więc jak dla mnie szkoda zachodu). 

Bezpośrednio przed Białym Domem była demonstracja muzułmanów a zaraz potem natknęliśmy się na demonstrację Juggalos czyli subkultury, której członkowie skupiają się wokół hip-hopowej grupy Insane Clown Posse. Rozchodzi im się głównie o to, że FBI klasyfikuje ich jako gang. Nam krzywdy nie zrobili, chociaż znaleźliśmy się w samych centrum ich marszu. Zdecydowanie czułam się dużo bezpieczniej niż gdybym spotkała polskich narodowców na ich pochodzie 😂




Jednym z głównych amerykańskich symboli jest Washington Monument czyli Pomnik Waszyngtona. Jest wysoki na ponad 169 metrów i ma on upamiętniać prezydenturę Georga Waszyngtona. Do czasu wybudowania Wieży Eiffla był najwyższym budynkiem na świecie. Jednak trochę im zeszło z jego budową. Z bliska widać, że dół jest wykonany z jaśniejszego kamienia niż góra, a wynika to z faktu, że przerwano budowę na 27 lat. Powód? Bardzo prozaiczny, skończyła się kasa 😅. A potem wybuchła wojna secesyjna, więc dokończyli budowę dopiero 30 lat po śmierci architekta. Budynek teoretycznie można zwiedzać, w środku jest winda, niestety obecnie mają z nią ciągle problemy, więc opcja zwiedzania została czasowo zawieszona.




Naprzeciwko Pomnika Waszyngtona znajduje się Pomnik II Wojny Światowej, w miarę nowy zabytek, został otwarty w 2004. Zbiórkę pieniędzy na budowę rozpoczęto w 1994 roku, łącznie zebrano 197 milionów dolarów. Zrzuciły się organizacje weteranów, ale też pojedynczy obywatele. W nocy jest podświetlony i robi wtedy większe wrażenie niż w ciągu dnia.




National World War II Memorial sąsiaduje natomiast z Reflecting Pool i Pomnikiem Lincolna. Tak, to tam gdzie przemawiał Forrest Gump, a Reflecting Pool to ta sadzawka, do której wskoczyła Jenny 😃.

Amerykanie mają jednak częściej skojarzenia z przemową “I have a dream” Martina Luthera Kinga, która miała miejsce właśnie przy Lincoln Memorial. Tradycyjnie jest to tez miejsce różnych protestów, marszów itp. Na przykład na uroczystość związaną z rozpoczęciem prezydentury Obamy zebrało się tak ok. 400 tys. ludzi.  Pod pomnikiem znajdują się też jaskinie, ale można je zwiedzać tylko z przewodnikiem. Można tam zobaczyć np. stalaktyty i stalagmity.



Reflecting Pool to bardzo trafna nazwa 😍

Washington Monument oświetlony przez zachodzące słońce 😍

Ten posąg został wykonany z 28 kawałków marmuru, które następnie zostały sklejone ze sobą.


Warto pamiętać też, że Waszyngton należy do strefy klimatu subtropikalnego, czyli np. w połowie września temperatury wciąż mogą osiągać ponad 30 stopni. Jednak w USA wszyscy mają manię podkręcania klimy, więc wrażliwym turystom polecam wziąć sweter/kurtkę nawet w środku lata.


I ważna sprawa przy bookowaniu podróży oraz przy okazji rozmowy z Amerykanami – Waszyngton jako miasto to Washington DC, można powiedzieć nawet DC i też ogarną. Jeśli powie się tylko Waszyngton to może się okazać, że kupiliśmy bilet do stanu Waszyngton, który leży na zachodnim wybrzeżu (na północ od Kalifornii). Szczegół, ale istotny 😅

Read More

Co robiliśmy w wakacje i jak przygotowujemy się do huraganu



Dziś post z cyklu life update czyli co się u nas działo w ostatnich tygodniach. Mając na myśli wakacje chodzi mi oczywiście o miesiące letnie bo moje 4 dni urlopu wykorzystałam już w czerwcu na wycieczkę do San Diego, o której poczytać możecie tutaj.

Pracuję jednak w szkole, więc miałam nadzieję, że skoro są wakacje dla uczniów to i dla nas oznaczać to będzie większe luzy. Nic bardziej mylnego, trzeba było brać nadgodziny albo przychodzić w soboty. Kiedy nauczyciele zaczynają wakacje to oceny często nie są ostateczne, więc ktoś musi potem tym dzieciakom wydrukować i podpisać świadectwa i tą osobą jestem ja 😉 Wiem, że nie wszystkie szkoły funkcjonują tak jak nasza, ale nie ogarniam, że na dwa tygodnie przed rozpoczęciem następnego roku szkolnego rodzice dostają list „sorki, ale jednak nie przepuszczamy waszego dziecka do następnej klasy” albo że dzieciaki, które nie zaliczyły kilku przedmiotów są przepuszczane do następnej klasy...

Na szczęście do naszego działu zostały zatrudnione trzy nowe dziewczyny, więc pracę, którą przez ostatnie tygodnie wykonywałyśmy we dwie z koleżanką wykonuje teraz 5 osób. Jest progres 😃



W lipcu świętowaliśmy także moje urodziny oraz zaraz przed Święto Niepodległości. Na 4 lipca jest zawsze bardzo dużo promocji w sklepach, więc postanowiliśmy zobaczyć jak wygląda miasteczko outletowe, które mamy w okolicy. Oczywiście Zack obkupił się bardziej niż ja, ja wyszłam tylko z jedną sukienką 😂

Fajną sprawą jest to, że w outletach można używać kuponów. Na miejscu można dostać książeczkę z kuponami, miałam tez kilka, które wcześniej wydrukowałam ze strony outletu plus kilka na telefonie, które można dostać za na przykład zapisanie się do newslettera.


A na moje urodziny, bardzo po europejsku, pojechaliśmy do Ikei 😃 Tutaj zazwyczaj mieszkania wynajmuje się nieumeblowane, więc przed naszą przeprowadzką w kwietniu zrobiliśmy w Ikei większe zakupy, a te teraz były już takie uzupełniające. Po sąsiedzku Ikea ma restauracje Culver’s, sieć, która jest bardzo popularna w Iowa i okolicznych stanach. Niestety w Północnej Karolinie mają DWIE restauracje na cały stan…

Jedzenie jest takie... amerykańskie 😊 Czyli głównie burgery, ale mają też dobre lody, dodatki, zupy czy sałatki (Zack zazwyczaj bierze burgara a ja sałatkę i/lub zupę, ale porcje są tak duże, że jak zjem zupę to już nie mogę skończyć sałatki). A tak, dla zainteresowanychsię, prezentuje menu :




W sierpniu natomiast, o czym już pisałam, pojechaliśmy do Południowej Karoliny oglądać całkowite zaćmienie słońca. Zrobiło na nas naprawdę duże wrażenie i nie możemy się doczekać na kolejne za parę lat. Co ciekawe, będzie przechodziło przez miejsce gdzie się z Zackiem poznaliśmy, może zrobimy sobie taką nostalgiczną wycieczkę 😅

Teraz z kolei, nie wybieramy się nigdzie bo czekamy na huragan. Według prognoz do nas nie dojdzie, pewnie jednak będzie padać i wiać przez parę dni.

Z niektórych sklepów poznikała już większość towarów, ale my jakoś nie ulegamy zbiorowej panice i nabyliśmy na razie tylko 4 baniaczki wody i dodatkowy żwirek dla kota. W domu mam też zazwyczaj jakieś puszki oraz tzn. breakfast bars czyli batoniki, które mogą długo poleżeć i są zalecane, żeby mieć w razie huraganu itp. (ja je zazwyczaj biorę do samolotu czy w dłuższą podróż samochodem).
Dostaliśmy też maila od naszej wspólnoty mieszkaniowej, że mamy zdjąć wszystko z balkonu, a jak nie zdejmiemy to przyjdą i zdejmą za nas. W pracy z kolei szef wysłał do wszystkich pracowników maila z arkuszem kalkulacyjnym, gdzie każdy musi się zaraportować każdego dnia czy wszystko ok (bo większość osób pracuje z domu, czasami z różnych części stanu albo z innych stanów). Ale ci co pracują z biura mają przychodzić do biura. Czyli pogoda ma być taka, że wszystko zwieje mi z balkonu, ale do pracy muszę się stawić, ach ta logika 😉

A tak się prezentuje najbardziej aktualna mapka z przewidywaniami huraganowymi. Mnie bardziej martwi huragan Jose, który idzie zaraz po Irmie i prawdopodobnie będzie się kierował bardziej na północ czyli do nas, ale zobaczymy jak się sytuacja rozwinie.


Read More

Zaćmienie





Temat zaćmienia słońca ostatnio dosłownie wyskakiwał z lodówki. Widziałam, że były też wzmianki w polskich mediach, ale dla tych co przegapili mieliśmy w zeszły poniedziałek (21 sierpnia) okazję obserwować całkowite zaćmienie słońca, które przeszło od zachodniego do wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Na mapce prezentuje to się tak:



My stwierdziliśmy, że nie ma to tamto, taka okazja nie zdarza się często, więc wzięłam wolne w pracy,  zamówiliśmy specjalne okulary i zaplanowaliśmy road trip do Południowej Karoliny. U nas w Karolinie Północnej też moglibyśmy obserwować zaćmienie, ale tylko częściowe, co nas oczywiście nie satysfakcjonowało 😉

Jak to u nas zazwyczaj bywa problemy zaczęły się już parę tygodni wcześniej. Zdecydowaliśmy, żeby jechać w niedzielę i wracać po zaćmieniu w poniedziałek. Nie przewidzieliśmy jednak, że większość hoteli będzie już zarezerwowana ( pewnie przez tych turystów z Zachodniej Europy i Japonii, których widzieliśmy całe mnóstwo). Po decyzji o zmianie destynacji na miasteczko Greenville hotel się w końcu znalazł, chociaż i tak pewnie zostało im już wtedy niewiele miejsc biorąc pod uwagę, że przyjechało tam około miliona turystów (a miasteczko pod względem liczby mieszkańców jest jak Chełm albo Pruszków 😂 ).






Kolejnym problemem okazały się być okulary, które Amazon sprzedawał jako certyfikowane. Ale tydzień przed imprezą dostaliśmy maila „Wiecie co, te okulary, to one jednak nie są certyfikowane i musicie zamówić sobie jakieś nowe”. No super, tydzień do imprezy, patrzałki wszędzie wykupione, co tu robić. Dorwaliśmy jednak jakieś online płacąc oczywiście miliony monet za ekspresową wysyłkę. Po czym…. w niedziele zapomnieliśmy ich wziąć.... 
Jesteśmy tak z godzinę w trasie i mówię do Zacka „Ale wziąłeś okulary”. Na co on „Nie, przecież Ty miałaś wziąć”. Nie było nam do śmiechu, ale cóż, paręnaście sekund później złapaliśmy zjazd z autostrady i zawróciliśmy. Czyli do podróży która miała trwać 5 godzin, dodaliśmy dodatkowe 2… Ale i tak nie przebijemy pana, który przyjechał z Japonii na zaćmienie oczywiście bez okularów i musiał je kupić w ostatniej chwili za ok. 100zł (a te okulary to taka trochę tandeta, w tekturowych oprawkach 😉 )

Lokalne służby podeszły do sytuacji bardzo serio, nawet w hotelu dostaliśmy ulotki, żeby nie włazić na budynki bo mogą się zawalić...

Nasz plan oglądania zaćmienia opierał się na zaklepaniu sobie miejsca na parkingu przy Walmarcie (bardzo po amerykańsku 😂 ) i modleniu się, żeby nie nadeszły chmury 😄 Na początku głównie siedzieliśmy w samochodzie (bo klima, u nas wciąż temperatury powyżej 30 stopni to norma) i obserwowaliśmy stopniowo zwiększające się częściowe zaćmienie (które trwało ok. 2 godzin). W międzyczasie przyuważyłam bardzo ładny kawałek trawnika, coś a la polankę, więc rozłożyliśmy się tam z kocem jakąś godzinę przed pełnym zaćmieniem. 

Muszę powiedzieć, że wrażenie było niesamowite. Najpierw kolory zaczęły się zmieniać, cała okolica zaczęła wyglądać żółtawo. Odczuwalinie obniżyła się też temperatura. Przy całkowitym zaćmieniu zrobiło się dość ciemno, chociaż nie tak całkiem jak w środku nocy, bardziej jak ok. 20-21 wieczorem. A gdy księżyc już się troszkę przesunął i pierwsze promienie słońca zaczęły się pokazywać to wyglądało to tak jakby ktoś włączył żarówkę na niebie. 

Zgodnie przyznaliśmy, że po zobaczeniu całkowitego zaćmienia to częściowe już nie robi na nas za bardzo wrażenia 😅. Zdjęć zaćmienia niestety nie mamy bo okazało się, że bez specjalnego sprzętu fotki wychodzą raczej marnie. Większość profesjonalnych zdjęć prezentuje się jak poniżej, ale niebo nie było czarne tylko ciemnoniebieskie.






W drodze powrotnej, gdy zaczęłam przeglądać social media to okazało się, że mieliśmy sporo szczęścia z pogodą. Ja na początku chciałam oglądać zaćmienie w Charleston (największe miasto Południowej Karoliny), żeby przy okazji pozwiedzać, no ale ciężko było już wtedy o hotel. 
Jak się okazało, jakieś 1.5 miliona ludzi też pomyślało, że Charleston jest fajne, wyobraźcie więc sobie jaki to musiał być dla nich zawód gdy przez cały dzień mieli całkowite zachmurzenie a 10 minut przed całkowitym zaćmieniem dodatkowo lunęło…

My z kolei zaraz po zaćmieniu ruszyliśmy w trasę ( ja następnego dnia o 7:30 musiałam być w pracy…). Miliony Amerykanów oczywiście pomyślało to samo, także droga powrotna strasznie się ciągnęła. Ale było warto 😍

Następne total eclipse w Panamie i będą tam mieć aż 8 minut całkowitego zaćmienia, trochę kusi nas, żeby pojechać, kto wie, może zostaniemy eclipse chasers 😂



Read More

Edukacja w USA



Jak wspomniałam we wcześniejszym wpisie, temat amerykańskiego szkolnictwa to materiał na kolejny post, więc oto i on
😉


Tutejsze dzieciaki mają, podobnie jak w Polsce, przedszkole, zerówkę, podstawówkę, gimnazjum, liceum a potem można iść na studia (też w systemie licencjat i magisterka). I jak na mój gust to na tym podobieństwa się kończą. 

Chciałabym teraz przybliżyć wam trochę taki typowy, publiczny system szkolnictwa a nauczanie domowe (czyli przez rodziców) czy szkoły prywatne bądź online zostaną zaszczycone swoim własnym postem 😀 

Zacznijmy od tego, że w Polsce na zajęciach z angielskiego uczono mnie, iż kindergarten oznacza przedszkole, a tutaj niespodzianka bo to zerówka, na przedszkole mówi się preschool (z kolei przedszkole to day care 😉). Od zerówki zaczyna się podawać też klasy w szkole.  

Przez długi czas nie wiedziałam co oznacza K-12 (oznaczenie, które często widywałam np. na miejskich autobusach). K to właśnie zerówka, potem dwanaście klas. U nas mówi się pierwsza klasa gimnazjum a tu wszystko leci jednym ciągiem. Zazwyczaj podstawówka (elementary school) to 1-5, potem gimbaza (zwana middle school albo junior high) to 6-8 i liceum to 9-12 (high school). Ale to nie jest odgórnie ustalone i szkoły mogą sobie zmieniać ten rozkład, podobnie jak z programem nauczania (curriculum) – szkoły mogą program nauczania ustalać same, poszczególne stany też mogą mieć różne wymagania.

Typowy amerykański autobus szkolny
Uczniowie mają zapewnione podręczniki i dojazd do szkoły, czyli te żółte autobusy, których nikt nie lubi (i dzieci i dorośli). Jako kierowca najgorzej jest spotkać taki autobus z rana gdy się jedzie do pracy bo jeśli dzieci wsiadają/wysiadają to trzeba się zatrzymać i stać aż autobus ruszy. To nic, że autobus stoi po drugiej stronie ulicy. A jeśli dzieci się guzdrają i autobus stoi 10 minut? No trudno, wszyscy stoją (po obu stronach jezdni). Autobus ma swój własny znak stopu, który wyciąga w razie potrzeby, więc właściwie jego kierowca może sam kierować ruchem. Gdy zapisałam się na egzamin na prawo jazdy i powiedziałam mojemu instruktorowi, że egzamin będę mieć w sobotę to jego pierwszą reakcją było „no przynajmniej nie trafisz na ten cholerny autobus szkolny, już niejedna osoba nie zdała bo nie zauważyła, że kierowca nagle wyciągnął znak stopu”.

Lunch nie jest za darmo 😉 Screen ze strony jednego z gimnazjów z okolicy.

Jeśli zastanawiacie się czy w szkołach są takie szafki jak na filmach to tak, są. Szkolne musicale też, zazwyczaj w liceum. I szkolne drużyny futbolu amerykańskiego z cheerleaderkami 😀 W ogóle gimnazja czy licea bardzo się starają, żeby uczniowie czuli school spirit i większość szkół ma też swoją maskotkę. 

Czasem muszę się powstrzymywać, żeby się nie roześmiać gdy dzwonię do jakiejś gimbazy a pani poważnym głosem mówi coś w stylu „Tutaj South West Middle School, Home of the Eagles, pani Wiesia przy telefonie”😂 

Jak można było zauważyć powyżej do liceum zazwyczaj chodzi się cztery lata. Każdy rocznik ma też swoją nazwę: freshman (1 klasa LO), sophomore (2 klasa), junior (3 klasa) i senior (4 klasa). 

Ten bal typu studniówka, co zazwyczaj pokazują w filmach, to senior prom, ale młodsze klasy też mają swoje bale. W różnych porach roku te imprezy mogą mieć różne nazwy np. freshman formal, homecoming dance (początek roku), winter formal (środek roku) czy junior albo senior prom (na koniec roku).

Jak należy ubrać się do szkoły 😉 Screen ze strony jednego z gimnazjów z okolicy.
 

Amerykanie kochają wymyślać nazwy na wszystko co się ta i robić rankingi. I tak, ten uczeń, którego się zazwyczaj widuje w amerykańskich filmach jak przemawia na zakończeniu roku to osoba, która ma najwyższą średnią to i nazywa się ją valedictorian. Przemówienie ma też Class President (chyba nie ma polskiego odpowiednika? Chodzi o osobę, reprezentującą cały rocznik, a nie jedną klasę). Z kolei osoba z drugą najwyższą średnią to salutatorian i ona zamyka ceremonię rozdania świadectw. 

Średnia ocen (zwana GPA) to też zaskakująca sprawa bo oceny to litery (A,B,C i D, potem F od failure, kiedyś myślałam, że jest też E, ale nie ma 😂 ) ale średnią podaje się liczbowo, najwyższa jaką można osiągnąć to 4.00 (na studiach też). 

W ogóle studia przypominają tutaj high school – samemu wybiera się przedmioty (jakiś zarys oczywiście jest, w zależności od kierunku), licencjat też trwa cztery lata i poszczególne lata nazywają się tak samo (czyli freshman year, potem sophomore, junior i senior).  

Licencjat można też skończyć wcześniej, zależy jak szybko zdobędzie się niezbędną do uzyskania dyplomu liczbę punktów. Czasem te amerykańskie ECTSy (zwane tu credits) można już trochę nastukać sobie w liceum i od razu zacząć studia z kilkoma punktami do przodu.

Pojedyncze ławki podobają mi się bardziej niż polskie podwójne. O razu problem "z kim siedzieć" jest rozwiązany 😄

Na licencjacie większość osób też poprzestaje – na magisterkę (grad school) nie idzie zbyt wiele osób bo wiadomo, kolejne studia to kolejne wydatki a do większości zawodów magisterki nikt nie wymaga. Mam wrażenie, że o opłatach za studia w USA krążą już legendy 😉 

I tak za rok na publicznej uczelni na licencjacie płaci się średnio 9 tys. dolarów (za same zajęcia i to w tym stanie, w którym się mieszka) ale może to też wynieść 25 tys. dolarów gdy jedzie się do innego stanu na studia lub ponad 33tys. dolarów na uczelni prywatnej. Do tego doliczyć trzeba akademik czy jedzenie. Więc to raczej normalne, że kończąc studia ma się te parędziesiąt tysięcy długu. 

Co mnie szokuje to to, że zdarza się, iż uczelnie wymuszają te dodatkowe wydatki na studentach poprzez wewnętrzne regulacje typu „na pierwszym roku trzeba mieszkać w akademiku”, „na pierwszym roku trzeba wykupić śniadania/obiady/kolacje na uczelnianej stołówce”. I nie ma przeproś, nie chcesz to do widzenia. Z jednej strony myślę, że integruje to studentów pierwszego roku a z drugiej to przecież dorośli ludzie…
 


Ale jak chce się kończyć np. medycynę to już w ogóle trzeba szykować worek z pieniędzmi. Gdy byłam na Erasmusie poznałam Scotta, Amerykanina, który powiedział mi, że studiuje socjologię bo potem chce iść na medycynę. Oczywiście w ogóle nie ogarniałam o co mu chodzi. Ale teraz już jestem bardziej zorientowana w temacie 😉 Otóż nie można pójść na medycynę zaraz po liceum, trzeba najpierw machnąć z czegoś licencjat i wtedy można aplikować do med school. Licencjat może być z byle czego, ale oczywiście wyżej punktowane są kierunki powiązane, więc jeśli ktoś ma licencjat z biologii to ma większe szanse niż ten po socjo. Co nie znaczy, że ten po socjo nie może się dostać 😉 

Różnic jak widać jest sporo. Tutaj zebrałam głównie różnice systemowe, ale oczywiście mogłabym napisać cały elaborat o tym jak wyglądają relacje uczeń-nauczyciel-rodzice. Jeśli macie dodatkowe pytania to zapraszam do komentowania 😌
Read More
Obsługiwane przez usługę Blogger.

© Copyright usasrusa